— A no tak — powiedział Jan.
— I jakże się ten przywódca nazywał?
— Tego, matusiu, nie wiem. — I nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
— Już wiem, co trzeba zrobić! — Ludmiła klasnęła w ręce. — Zapytajmy jeńców, oni nam powiedzą, czy ich dowódcą był sam Kałga, czy też jakiś inny.
Zaczęto szukać niewolników. W okolicach klasztoru nikt o nich nie słyszał. Dopiero gdy pytanie doszło do gromadki czeladników, ci wybuchnęli śmiechem i odrzekli:
— Gdzie są? Tam, gdzie dla nich sprawiedliwe miejsce, w piekle.
— Jak to? Zabiliście ich?
— Ale, skąd znowu? Niełacno było pilnować ich w tłoku. Takowe ptaszki trza zawdy trzymać w klatce. My zawlekli ich do szopy, do tej przegródki z płomykami. Teraz cały rynek cieszy się onym widowiskiem. Cha, cha, cha! Już za życia siedzą w piekle!
— Wszystko dobrze — odrzekł ktoś ze starszych — ale teraz tu są potrzebni. Wódz chce z nimi pogadać.
Tatarzy, znalazłszy się przed obliczem zwycięzcy, powzięli przekonanie, że już przyszła ich ostatnia godzina. Dumnie podnieśli głowy i z zaciśniętymi zębami czekali na wyrok. Ale zamiast katów pojawiły się dwie niewiasty i przemówiły do nich w tatarskim języku. Dźwięk ojczystej mowy poruszył jeńców do głębi. Ich stężałe rysy w mgnieniu oka odtajały, zmiękły i coś na kształt uśmiechu rozpromieniło surowe twarze Tatarów.