— Jak to? U małego dziecka zgryzota? — dziwiła się księżna. — To budujące!

— A no tak. Wypłatał ja wtenczas matusi psotę. Nie była ona wielka... bywały większe, ale za tamte zawdy przepraszałem, a po tej ostatniej nie miałem czasu ani na wyznanie, ani na przepraszanie...

— I cóż to za psota? — pytano dokoła.

— Matusia miała jakowyś zeschnięty kwiat i nie pozwalała, abym się nim bawił. Otóż ja właśnie onego dnia wykradłem go i schowałem.

— Ach, moja róża jerychońska! — krzyknęła Elżbieta. — A ja się tak martwiłam! Nie mogłam w żaden sposób zrozumieć, gdzie ona się podziała. I gdzież ją schowałeś?

Tu Jan opowiedział, jak w sali kolumnowej znalazł kryjówkę, której nigdy pierwej nie widział, jak wzięła go pokusa pobawienia się zakazanym kwiatkiem i jak przerażony głosami nadchodzących wyrzucił go do kryjówki.

— Więc ona musi tam być — przerwała mu Kinga.

— Ale gdzież tam, proszę księżny. Zamek był spalony, zniszczony. Wszystko zginęło.

— Dlaczego miało zginąć? Wszak ściany były, jak mówicie, z kamienia. Sam opowiadałeś, że stryj tylko naprawił zamek. Musiało się tam wiele ostać. Czemu szukacie innej drogi, kiedy Pan Bóg tę pokazuje? Cóż byście powiedzieli, panowie ławnicy, gdyby się znalazła ona kryjówka, a w niej róża? Wszak to byłby jawny dowód, że Jan włóczek to nikt inny, tylko Jaś, dziedzic Żegnaniecki.

— A, juści. To by już było jasne jak na dłoni — odrzekli jednogłośnie sędziowie.