— Cudowny pomysł — zawołały niewiasty. — Jedźmy jak najprędzej do Żegnańca!
Ale Jan nie podzielał ich zapału.
— Czy to można puszczać nasze losy na takowe niepewne próbowanie? A czy to stryjek pozwoli, aby my obszukiwali zamek? Czy da tam wejść, choćby za bramę? A nuż on sam wynalazł kryjówkę...
Kinga położyła mu po macierzyńsku rękę na ramieniu i rzekła:
— Człowieku, uwierz. Do zamku wejdziecie, czy tą, czy inną drogą. Ta kryjówka jest i róża tam jest. I ta róża nie tylko wam się odnajdzie, ale jeszcze się zazieleni.
— Wybaczcie, miłościwa pani! — zaśmiał się kasztelan. — To niemożliwe, aby suche zielsko miało po czterdziestu latach zakwitnąć. To już ponad wszelką wiarę!
— A my wierzymy! — zawołały niewiasty. — Wystarczy, że księżna Kinga to mówi! Wierzymy i będziemy tam szukać onej róży.
Już była pora do wyjścia, bo właśnie przytłumionym głosem odezwał się maleńki dzwonek.
— Oho, czas na modlitwę. — księżna zerwała się skwapliwie i w mgnieniu oka znikła w krużgankach, przez które długim sznurem ciągnęły zakonnice.
Elżbieta i Ludmiła także wyszły. Zbiegły ze schodów bez niczyjej pomocy. Wyprzedziły wszystkich i znalazły się przez chwilę same na środku dziedzińca.