— Czy czujesz to samo? — zapytała Elżbieta.
— To samo... Jezu Chryste! Kiedy mnie całowała — mówiła ożywionym głosem Ludmiła — to wyraźnie czułam, jakoby piorun przeszył mnie całą, od stóp do głowy. Wstrząsnęły mną dreszcze, do tej pory się trzęsę...
W tej chwili nadeszła reszta podróżnych. Kiedy mijali pierwszą furtę, już płynął przez powietrze chór głosów niewieścich. Przytępiony grubością murów brzmiał tajemniczo, jakby pochodził z nieba. Stanęli za bramą warowni. Ludmile podano konia, Elżbietę syn znowu chciał wziąć na barki.
— Czekaj... Spróbuję, chyba potrafię sama. — I wziąwszy się z Ludmiłą pod ręce, szły przodem, z początku nieśmiało, z wolna, sprawdzając swoje siły, a potem coraz raźniej i radośniej.
— Co się stało? Możecie chodzić? Co to znaczy? — towarzysze podróży zasypywali je pytaniami.
— Same nie wiemy, co to znaczy... Od czasu jak nas księżna Kinga pocałowała, jakoś nam się polepszyło...
Róża jerychońska
Już od trzech dni pod Żegnańcem obozował kasztelan z przyboczną drużyną. Wszystko wskazywało na to, że środki wojenne staną się niedługo potrzebne, bo bramy były zamknięte, zamek milczał jak zaklęty.
Przewidujący lub potajemnie ostrzeżony Zyndram już od wielu dni przygotowywał się do tych „odwiedzin”. Kazał zgromadzić zapasy żywności, spędził do zamku okoliczne chłopstwo, opatrzył solidnie bramę, a mając w obrębie murów studnię, siedział sobie beztrosko, pewien, że wytrzyma i szturm, i oblężenie.
Zaraz pierwszego dnia kasztelan wysłał chorążego, któremu polecił, by jak najlepiej spełnił swoje poselstwo. Chorąży, człek z przyrodzenia krotochwilny, podjechawszy pod szańce z białym proporczykiem w ręku, oznajmił, że przybył do przesławnego pana Zyndrama, pana Czerwonej Rudy, Żegnańca i wielu innych kradzionych imion173. Dodał, że przemawia w imieniu kasztelana, który przyjechał w gościnę i prosi o wpuszczenie do zamku. W odpowiedzi usłyszał, że jeśli kasztelan chce być mile przyjęty, niech przybędzie jeno z dworzanami, jak przystało na czas pokoju, a nie z wojskiem jak Litwin albo Tatar.