— Tak, to właśnie tam!... Poznał! Wszak widzicie, że poznał!

Jan szedł ku framudze śmiało, bez wahania. Jednakże kiedy stanął pod ścianą, zmieszał się nieco.

— Ta kryjówka musi być gdzieś tu... Ale jak się otwiera? Nie wiem — powiedział wyraźnie zmartwiony.

— I nie może wiedzieć! — zawołała matka. Tylko mój mąż i ja potrafiliśmy ją otwierać.

Zażądano jednogłośnie, by Elżbieta otworzyła schowek. Jednakże i ją w pierwszej chwili ogarnęła niepewność. Na dolnej części muru nie było oszalowania z dębowych desek. Ściana kamienna szarzała wszędzie jednostajnie... Elżbieta skupiła całą uwagę, dotykała we właściwej kolejności poszczególnych kamieni tworzących ruchomą łamigłówkę. Rysunek szpar był nie zmieniony. Jednak żaden z nich się nie poruszył. Niegdyś chodziły z łatwością, dziś pod wpływem czasu i wilgoci oparły się niewieściej dłoni. Ale przy pomocy silnych rąk i ostrych narzędzi zadrgały. Po wyjęciu jednego kamienia inne już wyszły z łatwością, w głębi pokazały się żelazne drzwiczki. Na ten widok okrzyk tryumfu wydobył się ze wszystkich piersi. Jest skarbczyk, więc to wszystko nie było bajką!

— Sprawa wygrana! — krzyczeli ludzie. — Już nie trza niczego więcej!

Zyndram struchlał. Zaczynał rozumieć. Pojął, że w tej ścianie musi być jakiś dowód na to, że nie jest prawnym właścicielem zamku. Uderzył się pięścią w skronie i wycedził przez zęby:

— Jakiż ze mnie głupiec! Tyle lat miałem ten kasztel w ręku i nie przyszło mi do głowy, aby w murach poszukać...

Tymczasem Elżbieta zdejmowała źle zadzierzgnięty łańcuch. Ręce jej drżały ze zdenerwowania, chyba nie mniej niż w chwili, kiedy po raz ostatni go zawiązywała.

— Teraz — rzekła — niech mój syn szuka. — I usunęła się na bok. Może tą biernością chciała dowieść, że jest pewna wygranej. A może pragnęła ofiarować synowi najpiękniejszą chwilę tryumfu?