Jaś zaczął wyjmować rozmaite przedmioty, które sędziowie odbierali z jego rąk i z zainteresowaniem się im przyglądali. Przechowały się prawie bez uszkodzenia, bo skrytka, wyżłobiona w jednej bryle granitu i wyłożona blachą, zabezpieczała przed pyłem i wilgocią. Pierwszym przedmiotem była długa puszka.

Sędziowie prowadzący sprawę zapytali Elżbietę, co puszka zawiera.

— Są w niej dokumenty — oznajmiła bez wahania — pisma książąt i inne ważne papiery dotyczące naszego domu. — Podniesiono wieko. Istotnie były tam rodowe pergaminy, rozmaite akty nadania i umowy.

— To prawdziwy skarb! — ocenił kasztelan.

Potem Jan wydobył szkatułkę w kształcie kościółka ze spiczastym daszkiem, pokrytą złoceniami i niebieską emalią. Tu upływ czasu najwięcej dał się we znaki; złocenia przyciemniały, emalia nabrała zielonkawego koloru.

— Ach! — zawołała wzruszona Elżbieta. — To skrzynka po mojej matce! W niej przywiozłam kolce174 i łańcuszki. — Kasztelan zamknął szkatułkę i z uszanowaniem oddał ją Elżbiecie.

Tymczasem Jan wyjmował rozmaite garnczki, jedne z glinianymi pokrywkami, drugie obwiązane szmatami, a wszystkie ciężkie, wszystkie pełne rozmaitych monet o stemplu co najmniej półwiekowym. Jeden tylko garnuszek był do dna opróżniony.

— To już ostatni — oznajmił Jan. — Już nic nie ma. Gdzież tedy róża? Boże mój, gdzie róża? — Na jego twarzy malował się niepokój. — Czy ją skorupy przytłukły? A może się rozsypała w proch albo zgniła? — Gorączkowym ruchem wyciągnął ręce i zaczął nerwowo obszukiwać głębokie dno kryjówki. Nagle wszyscy usłyszeli jego radosny okrzyk: — Jest!

Wyjął coś maleńkiego, zdmuchnął otoczkę kurzu i podniósł wysoko ręce, pokazując okrągłą, szarawą, skręconą roślinkę.

— Jest! Jest! — powtarzał nie dowierzając własnym oczom. Delikatnie trzymał w dłoniach swoją zdobycz i przyglądał się jej chciwie. — Siedziała w samym rogu, przytulona jak robaczek.