— Cicho... zdaje mi się, że ktoś dzwoni.
— O tej godzinie? — zdziwiła się matrona, która niedawno zamieszkała w klasztorze i nie znała jeszcze tutejszych zwyczajów.
— Nie ma w tym nic dziwnego — odrzekły mniszki. — Może jakiś podróżny albo chory prosi o lekarstwo lub księdza.
Teraz wszystkie usłyszały natarczywy dzwonek. Odźwierna pobiegła do furty. Za chwilę wpadła do refektarza z przestrachem w oczach.
— O, Jezu Nazareński! — wrzasnęła przerażona. — Tam stoją kobiety z dziećmi, ranne, pokrwawione, obszarpane, na wpół nagie. Powiadają, że Tatarzy je obdarli i pobili.
— Tatarzy! — krzyknęły mniszki. — Więc już są blisko.
— Tego nie wiem. Kobiety powiedziały, że idą spod Lublina.
— Gdzie one są? — zapytała matka przełożona.
— Za furtą.
— To jeszcze ich nie wpuściłaś?!