— Kiedy, proszę matki, jakiś strach mnie ogarnął. Nawet nie wiem, czy wystarczy naszych szpitalnych łóżek. Wyglądają jak widma. A przy tym gadają... jakoś niby to nie po polsku.
— Wstydź się! — przerwała przełożona. — Jak łóżek nie wystarczy, to się znajdzie słoma. Chyba lepsze to, niż trzymanie ich na mrozie.
— A cóż mówią nocni stróże? — zagadnęła jedna z zakonnic.
— Wołałam stróżów, ale żaden się nie odezwał. Śpią próżniaki.
— A to niedobrze — stwierdziła ksieni. — No, ale chodźmy już do tych biedaczek.
Wzięła do ręki kaganiec i ruszyła pierwsza, prowadząc mniszki, za którymi jak stado owiec tłoczyły się panienki, miotane strachem i ciekawością. Gdy doszły do furty, przełożona spojrzała przez okratowane okienko. W pierwszej chwili cofnęła się, ale wnet odzyskała równowagę ducha i spytała:
— A skąd to Bóg prowadzi? Z Lublina? Czy to prawda, że Tatarzy...
— Oj, prawda, prawda — jęknęła najbliżej stojąca niewiasta. — Jak nas Tatarzy przepędzili, tak już tydzień uciekamy. Chciałyśmy uciekać jeszcze dalej, ale nam dzieci pomarzły. Miłosiernie prosimy o schronienie na jedną tylko noc. Jutro pójdziemy, jak Bóg w niebie, pójdziemy.
— Ale, moja kobieto — rzekła przełożona — nie rozumiem, pobito was przed tygodniem, a wasze rany są jeszcze świeże. Pełno krwi na was...
— A to, moja matko, mróz pootwierał rany.