— Trzeba je wpuścić — zadecydowała przełożona po dłuższym namyśle. — Ale pierwej... może która z was podskoczy i zadzwoni na kościelnych. Niech im przez kratę powie, aby się rozejrzeli i stróżów pobudzili, bo istotnie te kobiety wyglądają podejrzanie... Może to jacyś złoczyńcy przebrani...

Wychowanki i zakonnice kolejno podchodziły do krat, a każda cofała się, składała ręce lub zasłaniała oczy. Istotnie, widok był tragiczny. Pod okienkiem stało z pięć lub sześć młodych kobiet, na wpół obnażonych, pociętych. Świeża krew płynęła po ich twarzach. Na rękach trzymały dzieci, równie cierpiące. Nieco dalej stał zbity, niemożliwy do rozpoznania tłum; roiło się zbiegowisko starych, przygarbionych bab podpierających się na kijach, owiniętych pokrwawionymi płachtami, jęczących głucho, jak gdyby spod ziemi. W słabym świetle księżyca przesłoniętego chmurą wyglądały jak cmentarne widma.

— Łotry! Poganie! — krzyczała jedna z niewiast, chwytając się za ramię. — Jak mnie wczoraj jeden za rękę szarpnął, to aż mi w kościach trzasło...

— Jak to wczoraj? — podchwyciła zakonnica stojąca przy okienku. — Przecież to już tydzień?

— Niech matka nie zważa — przerwała prędko inna kobieta. — Strach przewrócił jej w głowie. Ciągle jej się zdaje, że to było wczoraj.

— A nie ma wśród was żadnego mężczyzny? Bo tymi drzwiami tylko białogłowy mogą wchodzić. Nie macie mężów, braci...

— A skąd my weźmiemy mężów albo braci? Wszystkich Tatarzy wybili, wszystkich, co do nogi.

Siostra wysłana po kościelne sługi przyniosła wiadomość:

— Już ich obudziłam, zaraz przyjdą.

— Trzeba przygotować łaźnię, ciepłą strawę, przynieść świeżej słomy. — Przełożona wydawała polecenia, ociągając się z otworzeniem furty. Czekała na przybycie mężczyzn.