Po dwóch godzinach drogi grunt zaczął się marszczyć w pagórki i wklęsłości zapowiadające wybrzeże wielkiej rzeki. Koniec widnokręgu błysnął srebrnym pasmem, łamiącym się pod światłem księżyca w niebieskawe diamenty.
— Co to jest? — zapytała Ludmiła podnosząc oczy. I nie czekając na odpowiedź krzyknęła: — To Prut! Ach, jakże to już blisko!
— Nie tak blisko, jak się wydaje — odrzekł spokojnie Wasynga. — Gdyby można jechać prosto, wciąż przed siebie, bylibyśmy tam w dziesięć pacierzy. Ale musimy okrążyć jar, tak niebezpieczny, stromy i głęboki, że nie można go ani przejechać, ani wierzchem przeskoczyć. Trzeba jechać ostrożnie, aby na zakrętach nie zgubić głównego szlaku.
— Ktoś za nami jedzie! — przerwała cieniutkim głosem Dżjafirka.
Ludmiła drgnęła. Wasynga zaczął nasłuchiwać. Istotnie, do jego uszu dochodził tętent mocno rozpędzonego konia. Za chwilę pokazał się jeździec lecący jak wicher. Spostrzegł widocznie karawanę, bo zaczął nawoływać krzykiem azjatyckim, dzikim, niepohamowanym, którego żaden Europejczyk nie potrafiłby powtórzyć.
— Nie mamy szans. Lepiej stańmy.
— O Boże! — Ludmiła przeżegnała się i szepnęła: — Teraz to już koniec!
Szalony jeździec zatrzymał się. Wasynga struchlał. Rozpoznał jednego z przybocznych żołnierzy Kargana.
— A to ty, Ragun? Czegóż tak okropnie krzyczysz? — zapytał Wasynga, siląc się na swobodę.
Kozak znał trochę narzecza wszystkich ludów krzyżujące się w mongolskim wojsku. Posługiwał się łamanym językiem, który nawet Ludmiła była w stanie zrozumieć.