— Jak mam nie krzyczeć, kiedy gonię i gonię, a wy jedziecie, i to po złej drodze! — odparł wzburzony Ragun.

— Widzisz przecież, że stoję — odrzekł śmiało Wasynga. — Jak cię tylko dostrzegłem, zaraz kazałem stanąć. Skąd się tu wziąłeś?

— Kargan mnie wysłał. Czekał na was, aż go wziął niepokój. Kiedy twoi ludzie przyjechali, a ciebie nie było widać, Kargan powiedział: „Słuchaj, Ragun, wróć i zobacz, co porabia ten pies, Wasynga. Czy mi nie ukradł najpiękniejszej niewolnicy?”. Więc ja pędzę, patrzę po drodze, nie ma. Lecę do obozu, nie ma. Pytam karaułów: nikt nie widział. Myślę sobie, czy Wasynga nie pojechał do rzeki? I tak znalazłem ciebie na drodze do rzeki. No, powiedz, Wasynga, czy ty nie pies, czy ty nie chciałeś uciekać z kradzioną niewolnicą?

Wasynga poklepał Raguna po ramieniu, uśmiechnął się i odrzekł:

— Za kogo ty mnie masz, bratku? Miałbym sam jeden jechać między Ugrów? Zaraz by tam poznali, że ja sługa tatarski i żywcem ze skóry obdarli. Nie jestem głupi. Czy mnie źle między wami?

— No więc po co jechałeś tą krzywą drogą? — pytał zdezorientowany Ragun.

— Zaraz ci opowiem — rzekł Wasynga z wszelkimi pozorami swobody, ale tak naprawdę targały nim najokropniejsze przeczucia. Szukał pomysłu wybawczego. Natężał rozum, wysilał wyobraźnię, ale w głowie czuł tylko pustkę, szum i zamęt. Chcąc zyskać na czasie zapytał: — A może siądziemy i napijemy się czego? Kumysu albo araki? Mam kumys wyborny, przy napitku lepiej się gada. Kiedy nas już znalazłeś, to po co się śpieszyć. Opowiem ci wszystko, a potem pojedziemy do Kargana — zaproponował.

Ragun wahał się, spoglądał na karawanę podejrzliwie. Ale Wasynga miał taką dobroduszną twarz, a Kozak zziajał się podczas pogoni, że skusiły go zaprosiny.

Samarkandczyk zeskoczył z konia i pociągnął za sznur przewleczony przez nozdrza wielbłąda. Biedne zwierzę ryknęło żałośnie i pod przymusem uklękło. Ludmiła zsiadła. Nie wiedziała, co się dalej stanie; niespokojnie chodziła tam i z powrotem z Jasiem na ręku. Wasynga chwycił ją za ramię i szepnął:

— Ostrożnie, niech pani Ludmiła uważa na przepaść.