— Mnie się zdawało, że jeszcze za blisko sokolich oczów51 Kargana. Więc teraz rozumiesz? Chciałem tu cichaczem zboczyć, skarb zabrać, a potem wrócić do was. W godzinę później byłbyś mnie spotkał na dobrej drodze. No, ale już się stało. Nie szkodzi, że jesteś. Co miałem zrobić, zrobię, a ty pilnuj zwierząt i tej dziewki.
Ludmiła spoglądała na Wasyngę z najwyższym podziwem. Mężczyzna wstał i zmierzał ku jarowi. Po chwili wrócił strwożony.
— A kto mi zaręczy — zapytał z niedowierzaniem w głosie — że nie uciekniesz z kradzioną niewolnicą i chańskimi skarbami? Nie śmiej się, jeśli Kargan mógł posądzić mnie, doświadczonego żołnierza, to czemu ja nie mam posądzić prostego Kozaka?
— No, to co mam zrobić? — spytał zmieszany Ragun.
— Posłałbym ciebie po worki, ale czy ty niczego nie ukradniesz?
Kozak zaklinał się na wszystkie świętości, a jego oczy zabłysły chciwą pożądliwością.
— Znaleźć łatwo — tłumaczył Wasynga. — Trzy kamienie leżą nad wodą. Tylko dobrze uważaj, byś niczego nie rozsypał, bo worki pełne, ledwo mogłem je związać.
Oczy Kozaka zabłysły jeszcze mocniej na myśl o tym, że jakiś ubytek z worków będzie mógł być przypisany rozdarciu lub złemu zawiązaniu. Wstał. Podcięty trunkiem nie był w stanie utrzymać równowagi, jednak mimo to szedł dość przytomnie ku jarowi.
— Ze mnie taki człowiek. Więcej dbam o skarby chańskie niż o własne. Ale tobie wierzę. Idź prędko i zaraz wracaj.
— Którędy? — spytał z wahaniem Ragun.