Wasynga poklepał go po ramieniu mówiąc:

— Jak to? Przecież tędy prowadzi ścieżka!

— Ale ja nie widzę żadnej ścieżki.

— To cóż ty masz za oczy! Chyba się upiłeś? Patrz, z początku trochę wąsko, ale dalej dróżka szeroka, że niedźwiedź mógłby się na niej wytarzać. No, prędzej — zawołał zniecierpliwiony i pchnął Raguna, niby żartem.

Żart był prawdziwie tatarski. Ragun wpadł w czarną przepaść i zniknął w jarze.

Ale do dna nie doleciał, niedaleko brzegu chwycił się drzewa, które rosło nad przepaścią. Gałęzie trzaskały, a on trzymał się rozpaczliwie krzycząc:

— Ratuj! Wasynga! Ratuj!

Mężczyzna chwycił dzidę Kozaka, leżącą na ziemi, i podał mu wołając:

— Chwyć się rękami, wyciągnę cię!

Kozak złapał dzidę jedną ręką, ale drugą trzymał się jeszcze drzewa. Na próżno bił nogami w prostopadłą ścianę i osypywał kamienie.