— Nic dziwnego, pewnie myśli o Elżbiecie.
Ale po kilku dniach, jakby pod wpływem jakiegoś obłędu, nagle się zmieniła. Stała się gwałtownie ożywiona, gorączkowo ciekawa, cały dzień mogłaby rozmawiać o Tatarach, o niczym, tylko o Tatarach. Wasynga miał tego dość, chciał porozmawiać o zamku, o koniach i sforach, które zostały mu obiecane.
— Czy Toktysz jest dobrym człowiekiem? — spytała niespodziewanie Ludmiła.
— Ani zły, ani dobry, to zależy, jak mu poradzi żona — odpowiedział flegmatycznie Wasynga. — On tylko słucha najstarszej ze swoich żon, Arguny.
— Więc ma ich kilka?
— A jakże. Każdy bogaty Tatar ma przynajmniej kilka żon. To dowód bogactwa. One mają osobne namioty, trzodę i służbę. Toktysz ma jedenaście żon.
— A ten twój behadyr, Ajdar, ile ma żon?
— Tylko trzy. Ale za to niewolnic bez liku.
— Ładny los mnie czekał. No, teraz już mniejsza o niego. Powiedz, jaka jest Arguna? Nie ma w niej nic ludzkiego? Czy ona nikogo na świecie nie kocha?
— Aż nadto! Ubóstwia swego Kałgę. Dla tego dzieciaka zabiłaby pół świata, a doprawdy nie ma dla kogo, bo to i szpetne, i naprzykrzone jak szczenię, a złe jak żmija.