— A tak. I ja chcę z tobą pójść na koniec świata — odpowiedział równie półgłosem pan Kazimierz. — I dlategożem właśnie uciekł z owych tańców, aby cię uprowadzić, nim oświtnie979. Po białym dniu już ciężko by nam było uchodzić.
— Jak to: uchodzić? — zapytała, zatrzymując się nagle i wyrywając rękę spod jego ramienia.
Ale on uchwycił ją na nowo i mówił:
— Słuchaj... nie puszczę cię. Przysięgłaś mi jako żona, usłuchajże mnie jak żona. Nie wracaj już do Bursztynowego Domu, bo zrobisz swoje i moje nieszczęście.
— Co wacpan gadasz? Ja nie mam wrócić do domu? A gdzież pójdę?
— Słuchaj: tu bliziuchno, w mojej gospodzie, czeka na mnie koń okulbaczony980. Wezmę cię na konia, pojedziem jak wystrzelił do Oliwy. Tam jest ksiądz, któregom ja już uprosił, ten zaraz raniuchno da nam szlub. A potem pojedziem do Władysławowa. Tam, za okopami, za murami, wśród moich kompanów, co już na nas czekają, będziesz bezpieczna jakby jaka królowa. Niech tam sto senatów mieszczuchowskich o ciebie szturmuje, nie poradzą. Cała Wodna Armata stanie jak jeden człek za nami. Tak tedy posiedzimy tam czas jakiś, a kiedy się stary wysapie, to go ładnie przeprosim, i basta.
Hedwiga przez chwilę milczała. Widocznie była w jej sercu walka. Czarowny obraz szczęścia tak bliskiego, tak łatwego, przemknął się przed nią jak olśniewająca błyskawica. Ale też i szybko jak błyskawica zgasł.
— Nie — odrzekła głosem drżącym od wzruszenia. — Ja tego nie zrobię.
— Nie rekuzuj mię tak zaraz — nalegał pan Kazimierz. — Namyśl się, nim zabijesz. A toż to druga taka cudowna okazja póki życia nam się już nie przydarzy. Tylko pomyśl: starego tu nie ma, tego piekielnika Ollendra nie ma — sam Pan Bóg wszystko nam urządził — o, patrz, tylko tu skręcimy w tę przecznicę, tam zaraz moja gospoda, nim kto zweryfikuje981, że my znikli, to już będziem w Oliwie.
— Nie kuś mię waszmość jak ten wąż... to byłby grzech, wielki grzech.