— Jadwiśko!
Zadrgnęła i obróciła głowę. Na ganku nie było nikogo. Ale imię jej ciągle biegło szeptem. Głos wychodził od kraty. Wpatrzyła się i między prątkami dostrzegła jego twarz kochaną. Wtedy całe jej serce wyrwało się ku niemu. Wpół bezwiednie dwoma krokami przebiegła pół tarasu. Pierś jej biła od szczęścia, ale usta jeszcze chciały kłamać sercu.
— Po co — szepnęła — waszmość wracasz? Zakazałam.
— Ja też słucham jako ten sclavus988, patrz, wszak ci nie wszedłem na beischlag. Tylko musiałem wrócić, bo mam ci jeszcze coś do powiedzenia, jedno słówko, maleńkie, ale kapitalne989... jak ci nie powiem, to zginiemy. Przybliż no się jeno troszeczkę i nakłoń uszka. Nie bójże się, wszak ci krata nas dzieli.
Hedwiga jakby na skrzydłach tajemnych uniesiona, sama nie wiedząc, jak i kiedy, znalazła się przy kracie i przez poręcz przechyliła ku niemu rozmarzoną głowę.
W tym ruchu koniuszek jej białego, atłasowego trzewiczka wysunął się poza taras, właśnie na wysokości ust pana Kazimierza. Widok tej drobnej nóżki zawrócił mu głowę; uchwycił ją w obie ręce i obsypał iskrami pocałunków tak płomiennych, że Hedwiga przez atłas uczuła ich gorącość990 i struchlała jak istota, która wpada w pożar.
Tej też tylko pierwszej było trzeba iskierki, ażeby gwałtowność pana Kazimierza wybuchnęła wulkanem. Znienacka puścił jej trzewiczek, wskoczył lekko na brzeg cegły wystającej z tarasu, jedną ręką uwiesił się u kraty, drugą ręką objął jej pochyloną kibić i usta zanurzył już nie w białym atłasie, ale w różowym aksamicie jej ustek991.
— Jadwichno moja! Suplikuję... nie wchodź za te drzwi nieszczęsne... Jak raz tam wejdziesz, to już cię ten stary potwór nigdy nie wypuści z tego domu i mnie już nigdy nie wpuści do tego domu. Życie ty moje! Pomyśl jeno... za godzinę będziemy w Oliwie, bierzem szlub... za godzinę, dziś jeszcze będziesz moją! Moją! Moją!
I każde słowo przypieczętowywał pocałunkiem, a ona ubezwładniona, mglejąca992, skłoniła skroń na jego ramię i już miała wymówić:
„Tak, jam twoją... czyń, co jeno chcesz...” — kiedy nagle słowa te zamarły jej na ustach, a w zamian inne z nich wybiegły: