— Co to jest? Idą po mnie, czy co?
Spostrzegła bowiem na ścianie przeciwległej kamienicy ruszające się widmo czerwonej łuny, a zarazem rzecz straszna stanęła jej w pamięci.
— Jezu! Klucz odkręcon!
Z tym głuchym wykrzykiem993 wydarła się z objęć zdumionego Kazimierza i, jednym rzutem aż do drzwi sięgnąwszy, z całych sił obu rękami zaczęła przytrzymywać klamkę. Pan Kazimierz, któremu postać Hedwigi zasłaniała dotąd widok Bursztynowego Domu, teraz dopiero zobaczył, że przez dolne okno bila światłość, której odblask tworzył ową czerwonawą smugę.
Hedwiga, ciągle drzwi przytrzymująca, ciągle szeptała głosem pełnym przerażenia i błagania:
— Na miłość boską! Nie pokazuj się, bo mnie zgubisz! Uchodź! Jeśli mnie miłujesz, uchodź!... Ach, już nie mogę...
Napór z drugiej strony stawał się zbyt mocny. Puściła klamkę i drzwi się roztworzyły.
Kazimierz nie uszedł. Stał nieruchomie994 pod murkiem z ręką przy kordelasie, z oczami roziskrzonymi, gotów do skoczenia na ganek, jeśli obrona okaże się potrzebną. Ale potrzeba ta nie zaszła.
Za roztwarciem drzwi ukazał się na progu majster Johann w kwiaciastym szlafroku i białej szlafmycy, ze świecą zapaloną w ręku.
Hedwiga usiłowała wyczytać z jego rysów, co ją czeka. Na próżno! Wyraz tych rysów był jakiś niezrozumiały, tajemniczy i pomieszany.