Majster podniósł lichtarz do góry i cicho zapytał:
— A! To ty, Hedwich? I tak sama?
Ona odzyskała w tej chwili ową dziwną przytomność, jaką nadają wielkie niebezpieczeństwa, i z przymuszoną wesołością mówiła:
— Ale gdzież tam! Szłam, jak dobrodziej przykazał, w kompanii pani Flory. Pani Flora tylko co weszła na swój beischlag... A ja się tu mocowałam z kluczem, co jakoś nie chciał złapać zamku...
— No, a Kornelius gdzie?...
— Kornelius? A, cha, cha! Ten spił się jak bela, że musiałymy klucz mu zabrać, bo do południa będzie spał.
Mówiąc to, śmiała się coraz głośniej.
Majster się nie śmiał, tylko przez ten czas przekładał klucz na drugą stronę, po czym drzwi zatrzasnął. Od wnętrza ozwało się warknięcie klucza, smuga czerwonego światła raz jeszcze przebłysnęła za oknem — potem wszystko zgasło i ucichło.
Pan Kazimierz odetchnął.
„Chwałaż Bogu, że nic nie zweryfikował... No, żeby nas tak był zszedł w onej turkawkowej995 konwersacji, musiałbym go naszpikować na kordelas, nie byłoby innej rady — a ona by mi zrobiła z tego crimen996. Chwałaż niech będzie Bogu, że się na tym skończyło”.