Tak rozmyślając, przemierzył wszerz ulicę i po drugiej stronie przystanął, aby raz jeszcze popatrzeć na drzwi, w których znikła. Połać domów, pod którą stał teraz, była zanurzona w czarnym pasie ciemności; za to przeciwne kamienice pławiły się w białoniebieskim oświetleniu, a Dom Bursztynowy rzęsiściej od wszystkich innych świecił swymi wielkimi, brylantowanymi997 oknami.
Kazimierz patrzył tam w nadziei, że może za którym z tych okien ujrzy jeszcze przesuwający się cień drogiej panienki.
Po niejakim czasie powiedział sobie:
„Gapa ze mnie. Wszak ci komory sypialne wszystkie tam od podwórka. Już ona tu nie przyjdzie, próżna rzecz wypatrować998”. I rzeczywiście próżno czekał. W szybach nic nie świeciło prócz księżyca; żaden dźwięk nie dolatywał oprócz stąpania dalekich przechodniów.
Raz wprawdzie wydało mu się, jakby pręga czerwonawego światła błysnęła w onym okrągłym okienku, co było wycięte pod dachem, i jakby wykrzyk jakiś bolesny rozległ się wysoko. Ale błyśnięcie było tak przelotne, że Kazimierz nie dowierzał własnym oczom, a krzyk mógł pochodzić od gromady przechodniów, zapewne gości wracających z zabawy Artusowej, którzy ze śmiechem i śpiewami przesunęli się przez jedną z poprzecznych ulic.
Dom znów pozostał ciemnym i milczącym999.
„Przywidziało mi się” — pomyślał Kazimierz i uspokoił się zupełnie.
Ale razem z uspokojeniem wrócił mu żal okrutny za straconą okazją.
„Oj, żeby ten nieszczęsny klucz nie był odkręcon, toby ja ją był porwał1000 z ganku precz. Nimby się stary uporał ze drzwiami, już by my cwałowali na dziesiątej ulicy. Ale tak nie mógł ja nic. Byłby majster wyleciał za nami jako ta petarda, byłby w mieście całym narobił klangoru1001, nimby ja ją na koń wsadził, już by mi ją sto rąk odbiło. I co gorzej, cała nasza konspiracja wylazłaby na wierzch, a wtedy bądź zdrów, już by stary nie dał jej sobie po raz wtóry zabrać. Zaś teraz, kiedy skończyło się na niczym, kiedy on jeszcze nie ma żadnych suspicji1002, to możem znowu konspirować, i to już na dobre. Oho! Już teraz nie dam jej marudzić. Niepoczciwa1003 dziewczyna! Żeby nie te jej kunktatorstwa1004, już by my lecieli po gościńcu oliwskim... Niepoczciwa? Tak się to gada w rankorze1005, a z tym wszystkim, nieprawda. Onać1006 właśnie przez luksus poczciwości1007 taka łechtliwa1008 na sumnieniu. Trudnoć1009 to przyganić białogłowie, że niełacno da się wykradać. I za to jeszcze muszę ją estymować1010. Osobliwa rzecz, jak ta mała dzieweczka mnie intymiduje1011... Mnie, com nigdy nikomu nie ustąpił. Mnie, com zawdy bez miłosierdzia jachał po czułych sentymentach, jako ten tryjomfator1012 po rozsypanych kwiatuszkach. Ej, mości panie Kazimierzu, co się to z waszmością porobiło? Dawniej każda czyniła, coś ty rozkazował1013, a teraz ty czynisz, coć1014 każą. Ej, pono to przyszła kryska na Matyska. Przedtem ciebie miłowano, a teraz ty miłujesz. To całkiem jensza sprawa. Przedtem tobie służono, a teraz ty służysz. I jeszcze jest jedna rzecz: dawniej człek szukał tylko pustej rekreacji1015, to nie pytał: wolno, czy nie wolno? Szkoda z tego komu, czy nie szkoda? Byle sam swoim humorom dogodził i miał się czym przed kompanią1016 pochwalić. Ale teraz, kiedy chodzi o sakrament, o felicitas1017 na całkie życie, to w tej małej dziewce człek już respektuje przyszłą sponsę1018 i wszystkiego się stracha, i tchnąć nie śmie, aby nie zedmuchnął kutnerku1019 z onych motylkowych skrzydełków. Oj, żeby nie ten stary, jaki by ja był szczęśliw! On wszystko popsował — heretycki bluźnierz! Plugawy Satyrus1020! Co tu dłużej gadać. Niemczura1021, to i dosyć”.
Tak żując gorzkie myśli, pan Kazimierz wyciągnął pięść grożącą w stronę Bursztynowego Domu, potem odwrócił się z gniewem i do swojej gospody poszedł — niestety — sam!