VI. Ptak niebieski w klatce

Nazajutrz pan Kazimierz wstał pochmurny. „Niefortunnie wczora1022 mi poszło — rozmyślał. — No, zobaczym, co ta mądra dziewczyna dziś wysuplikuje u starego! Leciałbym ci ja tam nie mieszkając1023, ale trzeba jej ostawić kęs1024 czasu na tę niełacną dyskusję. Potem pójdę niby wedle żegnania się z panem konsulem, a w rzeczy dla dostania języka”.

Dopiero więc przed samym południem opuścił gospodę i z przecznicy skręcił ku Bursztynowemu Domowi.

Doszedłszy tam, zdziwił się wielce; w kamiennym pierścieniu dostrzegł Hedwigę, która wychyliła nie tylko głowę, ale i jedną rękę; ręką tą dawała mu jakieś niezrozumiałe znaki. Twarz jej, zazwyczaj kwitnąca, była dziwnie blada; oczy szeroko rozwarte jakby od przerażenia.

Pan Kazimierz sądząc, że go wzywa, skierował się co prędzej ku wejściu, ale wtedy wyciągnięta ręka kilkakrotnym i gwałtownym ruchem wskazała mu dom pani Flory, po czym i ręka, i głowa znikła i okienko pozostało pustym1025.

W tejże chwili od strony wskazanego domu pan Kazimierz usłyszał dolatujące go:

— Pst! Pst!

I dostrzegł panią Florę, która — wpół schowana za oponę1026 okna — przyzywała go przyciszonym sykiem i nieśmiałym kiwaniem ręki.

Zaniepokojony rzucił się pędem ku jej progom.

Kamienica pani Flory Korwiczkowej należała do bardzo skromnych. Nie nosiła na swojej nagiej ścianie ani posągów, ani złoceń, tylko dwa szare wazony, dość pierwotnie1027 z kamienia obrobione, zdobiły jej pierwsze piętro, a trzeci wazon, takiż sam, ale wytryskujący bukietem o blaszanych kwiatach i liściach, unosił się w górze nad szczytowym trójkątem. Ganeczek miała nieduży, otoczony brzeżkiem kamiennym, także tylko z gruba ociosanym, a poręcze od schodków opierały się na dwóch kulkach nie większych od człowieczej głowy. Bo też i cała kamienica była o pół węższa od Bursztynowego Domu, co sprawiało, że na każdym piętrze miała tylko jedno jedyne okno, a na dole nie miała wcale okna, tylko drzwi wąziuchne prowadzące do sieni zupełnie ciemnej. Dla oświecenia1028 jej zostawiano zazwyczaj otworem drzwi od kuchni, która tu — jak i wszędzie — zajmowała w głębi dolną połowę domu. Schody także były wąziutkie, z poręczą po ciesielsku obrąbaną. Izby nie przedstawiały ani suto tkanych szpalerów1029, ani srebrnych mis lub nalewek. Ale za to pełno było tych ozdób tanich a pracowitych, jakimi staranna ręka niewieścia umie zasłaniać niezamożność. Na ścianach tu wisiała lutnia, tam gitara, ówdzie tryptyczek1030, niewykwintny pod względem pędzla, ale obstawiony mnóstwem kwiatków i świeczek ubranych w kokardki. Wszędzie było pełno małych szafek, małych ławeczek, małych stoliczków obleczonych w osłonki rąbkowe, narurkowane jakby krezy. Wszędzie firaneczki, wstążeczki, frędzelki i pasamony, tych ostatnich zwłaszcza zatrzęsienie (zapewne ze składów pozostałych po nieboszczyku panu Bonifacym Korwiczku). Wszędzie też rozchodził się zapach lawendy, którą pani Flora przesypywała bieliznę i suknie zapełniające po brzegi jej szafy. Słowem, wszystko było takie wymyte, wyfiokowane1031 i wonne, że, pomimo swojej skromności, mieszkanie pięknej wdowy przedstawiało się powabnie i zalotnie. Każdy też gość, raz tam zaszedłszy, nie wiedział, co go zatrzymuje, a wyjść już nie miał ochoty.