Ale pan Kazimierz nie zważał dziś ani na kokardki, ani na gitary, ani nawet na cudne wonie. Szybko dobiwszy się do drzwi sieniowych1032, przy których już czekała Fruzia, śliczna dziewczyna o bystrych oczach i złośliwym uśmiechu, biegł co tchu na pierwsze piętro, gdzie była komnata do przyjęć.

Gdy zaś biegnąca w jego tropy Fruzia ostrzegła go: — Pani jest wyżej, w sypialnej komorze — popędził na drugie piętro.

Sypialnia pani Flory była to — jak zresztą wszystkie pokoje tego domu — komnata bardzo długa, lecz bardzo wąska, nieledwie jak dostatni korytarz. Była przy tym i bardzo ciemna; jedyne jej okno, świtające w głębi, wyglądało tajemniczo jak szczelina oświecająca grotę. Ale pod innymi względami była to jedyna część mieszkania urządzona z dostatkiem, a nawet z niejakim przepychem. Na podłodze kraśniało kilka ładnych kobierczyków. Ściany majaczyły od mnóstwa świętych obrazów o złotych tłach, a jaskrawych kolorach i od jeszcze większego mnóstwa półek, na których stały zgrabne flaszki pełne pachnących wódek, skrzynki pełne farbek i puderków, grzebienie i szczotki ze słoniowej kości, różnokształtne lusterka, słowem, te setne gotowalniane1033 przybory, jakich wonczas potrzebowano jeszcze więcej niż dzisiaj. Na środek pokoju, zaciemniając go dwakroć mocniej, wysuwał się piec potężny o kaflach zielonych, malowanych w różyczki, których atłaskowa krasa mile wpadała w oczy. Między drzwiami a piecem, pod boczną ścianą, ciągnęło się ogromne, kunsztownie z dębu wyrzeźbione łoże; nad nim wisiał pawilon z weneckiej tkaniny, która była w nieco pośledniejszym gatunku, ale świetna, gorącoróżowa, srebrem przetykana. Kotara, z jednej strony troszkę rozchylona i na srebrnym pasamonie w górę podwinięta, okazywała choć w cząstce przepyszność posłania, gdzie puszyło się tyle bławatnych altembasów1034, przewlekanych wstążek, flamskich1035 koronek i szlarek1036, że już chyba i urodzona królowa nie skrzywiłaby się na podobne gniazdo.

Do tej pieściwej1037 komnaty pani Flora dopuszczała tylko najzażylszych przyjaciół. Pan Kazimierz pierwszy raz tam wchodził, ale dziś właśnie, jakby na przekorę, nie mógł ocenić jej piękności. Na nic nie patrząc, potrącając sprzęty, biegł prosto przed siebie, a wzrokiem szukał tylko pani domu.

Spostrzegł ją na koniec już w pobliżu okna; siedziała tam, a raczej wpół leżała na niskiej ławie obciągniętej pąsową makatą; pod jej głową kraśniała pstra poduszka przyparta do bocznej ściany pieca.

Na widok pana Kazimierza piękna wdowa podniosła białe ręce, załamała je nad głową i wyjęknęła:

— Ach, kawalerze! Nieszczęście!

— Co się stało? Czy co pannie Hedwidze? Ależ ona żyje? I zdrowa? Moment, jakem ją widział tam w okienku.

— Tak, żyje... ale co się stało! Ach, nieszczęście...

— Gadajże wacpani prędzej! Nie pieczże mnie na wolnym ogniu!