— U niej?
— A tak. Powiedziałam panu Schultzowi, że chcę ją sfukać, co się zowie, i nauczyć, jako ma czynić. Więc sam co tchu mię tam wpuścił. I sfukałam ją porządnie, ale nie za to, że nie chce pana majstra, jeno za to, że wczora z waszmością nie chciała uchodzić.
— Zacna z wacpani białogłowa! I mądra.
— Przy tym jej mówiłam, aby się nie dała desperacji1091, bo ja nie dopuszczę jej krzywdy i z waszmością wymyślę dla niej zasalwowanie.
— Zacna z wacpani białogłowa, co praktykuje święte przykazania: „Więźnie1092 odwiedzać, smutnych rekonfortować1093”.
— Owóż z onym okienkiem była taka rzecz. Jakem jej powiedziała, że pan Schultz chce pastora sprowadzić, zerwała się ze skrzyni jakby oparzona i krzyknęła: „O, tego nigdy! Wolę śmierć niż luterski szlub! Niech spróbuje, to ja pierwej tu wyskoczę tym okienkiem precz!” Tedy ja jej powiedam: „Nie groź wacpanna próżno, bo tym okienkiem żadna człowiecza persona się nie prześrubuje”. A ona powieda: „Nieprawda! Ja się prześrubuję”. „Ale gdzież znowu?” „A tak!” „A nie!” I precz się certujemy1094, a tymczasem ona hyc do okienka i, wyfiguruj sobie waszmość, tak mi się subtelnie zawinęła, że cała z ramionami, z rękami, wylata1095 za ścianę, zupełnie jak ten węgorz. Aż ja ją łap za sukienczynę, aby mi naprawdę nie wypadła. Dopiero widzę, że ona cała blada i tak się trzęsie jak nóżki cielęce, i powieda: „O Jezu! Jakaż to tam przepaścistość! A z tym wszystkim — powieda — widzisz wacpani, że ja się tam zmieszczę. Żeby tak jeno Pan Jezus dał skrzydełka, tobym wyfrunęła, ojoj! Prościuchno do pana Kazimierza”.
Podczas opowiadania pani Flory pan Kazimierz nagle usiadł, oczy ręką zasłonił i zapadł w głębokie zamyślenie. Po chwili odsłonił twarz dziwnie rozjaśnioną.
— A wiesz wacpani, że co mi powiedasz, to wielka nowina. Kiedy panna Hedwiga może przejść okienkiem, to wygrany proces.
— Ja nie widzę jeszcze wygranej. Chyba że waszmość przyprawisz jej skrzydła.
— Znajdą się i skrzydła. Czy i u wacpani jest okienko takowe pod dachem?