— Nikt wacpanu nie radzi podłości, jeno refleksję. Pomedytujmy trochę, a powoli znajdzie się sposób.
— O, przepraszam, tylko nie powoli. Ja muszę jeszcze dzisiaj, zaraz wysalwować1089 moją niebogę, bo inaczej to i ja się wścieknę.
Pani Flora odjęła twarz od chusty i przez łzy się uśmiechając, rzekła:
— Ponoć to już waszmość odróbkę1090 nadkąsan od tej psiej choroby...
— Gadajże wacpani, gdzie jest klucz od onego nieszczęsnego strychu?
— Klucz? W kieszeni u pana Schultza. Nim waszmość dobierzesz mu się do klucza, to musisz go pierwej zarżnąć jak barana.
— I na to może mu przyjść. Ale tymczasem jeszcze pomedytujmy. Żeby to kiepskie okienko nie było tak het wysoko i żeby nie było tak haniebnie małe... aleć to nikt żywcem tamtędy nie przejdzie.
— A właśnie że przejdzie. Ja sama dziś widziałam, jako panna Hedwiga niemal całkiem stamtąd wyszła.
— Czy może być? I jakżeś to wacpani widziała? Z ulicy?
— Nie, ja byłam u niej, tam pod dachem.