— A to niech pójdzie. Damy sobie radę z mieszczuchami.

— To jeszcze kwestia. Gdańskie — jak waszmość nazowasz1079 — mieszczuchy to nie żadne piecuchy, to naród hardy i tęgi. Broni tu jest huk. Bójek już było niemało, to jest i zaprawność do boju.

— Ano, obaczymy, kto kogo zdławi.

— Ależ pomyśl jeno, kawalerze, co to krwie1080 chrześcijańskiej popłynie, co wiktym1081 niewinnych padnie!

— A co ja temu krzyw1082? Niech mi oddadzą tę moją jedną wiktymę, to ja i palcem nie ruszę.

— Ależ pójdzie skarga do króla, że waszmość wichrzysz dla prywaty, że waszmość rebelizant1083.

— A dajże mi wacpani pokój. Potrafię ja się przed królem wyeksplikować. Król mi da wiarę. Król dobrze wie, jako Gdańsk jest szelmowskie miasto.

— Ależ pomnij, okrutny człowiecze, że i mój dom pójdzie w perzynę1084! Zrabują mię, zniszczą, zabiją! Więcej powiem: waszmościnę Hedwigę zasieką, byle jej waszmości nie oddać, bo tu naród haniebnie mściwy. Dalibóg, zasieką i ją, i mnie! Piękna mi nagroda za mój afekt dla was! Kto was dotąd protegował, konsyliował, konsolował? Nikt, jeno Flora Korwiczkowa. I jakoweż ja frukta1085 zbiorę z mojej abnegacji1086? Nic, jeno rabunek i śmierć!

Mówiąc to, pani Flora wyjęła zza sznura śliczną chusteczkę o różowych wisiorkach i, utopiwszy w niej oblicze, zaczęła rozdzierająco szlochać.

— No, nie desperujże1087 wacpani, lepiej gadaj sama, co mam czynić, boć przecie nie mogę, jak ten podlec, odjachać sobie precz dla ukontentowania1088 pana Schultza.