Posiedział tedy jakiś czas na ławie, ale i tego było mu za mało; jak wszyscy zakochani, chciał patrzeć w okno swojej lubej. Ach, smutne okna! Więzienne! O, gdyby mógł tam się dostać! Uwolnić ją! Powiedzieć jej: „Uciekajmy!” Kto wie? Za taką przysługę może by uzyskał choć uśmiech wdzięczności? A może i nie?... Może by wolała cierpieć wieżę niżeli z nim uciekać? O, gdyby nie tamten! Diabli przynieśli tego nawiganta1141, co jak wąż morski wkręcił się do domu i wszystko wszystkim zaburzył! Monstrum1142 jakieś wodne! Zbrodzień1143, co śmiał do ust jej sięgać, kiedy on, Kornelius, nie śmiał nigdy nawet brzegu jej sukienki się dotknąć!
Tak utyskując, to stawał naprzeciw Bursztynowego Domu, to przechodził tam i na powrót przez ulicę, a wciąż klął pana Kazimierza, który wzajem klął go na dachu.
— Maciek, jesteś tam?
— Słucham wasę1144 miłość.
— To nieszczęście, żem ja nie wziął rusznicy1145; zara bym ją w tego szpiega wyrychtował1146.
— Ej, wasa miłość, chyba nie.
— Jak to: nie? Czemu nie?
— Bo jakby pukneno1147, toby się caluśka ulica zerwała na równe nogi.
— To prawda. Czasem i głupiemu przytrafi się racja. Ale co tu robić? Przecie nie mogę czekać do rana? Ja już i momentu nie mogę czekać, bo jak straże zmienią, to i po wszystkim. Żebym ja miał choć kamień, tobym cisnął i łeb mu roztrzaskał. A, już wiem! Kawał muru oberwę, to nie gorsze od kamienia.
I już zaczął próbować, czy esowaty murek nie da się nadłupać, gdy na szczęście niebezpiecznej tej roboty oszczędziło mu nowe nadejście nocnego stróża, który powracał dla sprawdzenia, czy wszystko jest pogaszone i zamknięte.