I wstawali gospodarze z ław gankowych, goście żegnali się i rozchodzili, służba sprzątała szklenice i latarki, a pan Kazimierz patrzył na to wszystko z niemałej wysokości, bo aż z dachu Bursztynowego Domu.
Siedział on tam na samym szpicu jak na koniu, z głową wetkniętą między związane główki dwóch szczytowych esów1134. Przy nim czołgał się po dachu Maciek, rzekomy hajduk, ciągnący za sobą linę w duży kłąb zwiniętą. Fałszywe ścianki, z których składał się wierzchołek znajomej nam liry, zasłaniały ich przed wszelkim okiem, tylko twarz pana Kazimierza mogła być z dołu dojrzana, ale i ta w swojej nieruchomości wyglądała na kamienny maskaron1135 umieszczony tuż nad złotą głową smoka. Pan Kazimierz patrzył z góry i niecierpliwił się powolnością, z jaką ruch uliczny ustawał. Już na zegarach miejskich biło wpół do jedenastej, a jeszcze zgrzyty kluczów i łoskoty sztab zasuwanych odzywały się z wnętrza domów, jeszcze cienie przechodniów przepływały po ścianach niby ogromne mary1136.
Niełatwo też było dokładnie się rozpatrzeć lub wsłuchać, bo ta noc ani blaskiem, ani ciszą nie dorównywała poprzedniej. Wyraźnie zanosiło się na zmianę pogody. Księżyc wprawdzie świecił, ale wąsko podarte chmury co chwila go przesłaniały i od czasu do czasu zrywał się wiatr szumliwy.
Na koniec nastała chwila zupełnej ciszy.
— Dzięki Bogu! Przecie się już pospali. Maciek, dawaj linkę.
Hajduk podpełznął w górę, po czym zaczął rozwijać kłębek.
Nagle pan Kazimierz wzdrygnął się i szepnął:
— Co to jest? Czy tam co stoi? A stoi. Człek jakiś. Akurat naprzeciwko mnie! Rusza się... Ano, przecie odchodzi. Gdzie tam! Znowu wraca! A to miły kawaler, chodzi sobie tam i sam1137 pod gankiem. Boże mój! A toż to ten łotr Ollender! Ten zawsze musi mi w drogę włazić... Czy go tu stary na szyldwachcie1138 postawił, czy co?
W tym ostatnim domniemaniu pan Kazimierz się mylił. Był to istotnie Kornelius, ale jeżeli przyszedł, to bynajmniej nie z rozkazu pana majstra. Owszem, pałał on do niego ciężką złością i za razy odebrane rano, i także, a nawet przede wszystkim za uwięzienie Hedwigi. Ach, co złości było w jego sercu! O panu Kazimierzu i myśleć już nie mógł, pienił się na samo jego wspomnienie. A i do niej miał także sporo żalu, chociaż, prawdę mówiąc, jeszcze więcej tego żalu było nad nią niż do niej. Miotany wstydem za swój przeszłonocny1139 uczynek, rozpaczą nad losem uwięzionej, po całym dniu przemordowanym nad przymusową pracą czuł, że dłużej w domu nie wytrzyma, i prosił Minę, aby mu jeszcze pozwoliła pozostać na ganku. Wiedział, że Mina musi zawsze długo w noc szorować i pucować, zanim zdoła po wieczerzy doprowadzić znów kuchnię do jej złotego blasku, prosił więc:
— Ja tu jeszcze troszkę posiedzę na chłodzie, bo głowa mię tak łupie, że w izbie gotowa pęknąć. Jak skończysz twój glancunek1140, to mi drzwi odemkniesz i wrócę.