— Ja, ja. Siedzi. Czego nie ma siedzieć, kiedy skarby są? — odparł bez urazy gospodarz i, wyciągnąwszy szufladę, zaczął przeglądać jej różne przegrody. W jednych, na kształt kiełbasek, wiły się długie sakiewki, przez których dziergankę przeglądały rulony holenderskich dukatów. Gdzie indziej były drobne łańcuszki i paciorki.
— To — mówił — różne andenkieny187 po mojej nieboszczce.
— Waść wdowiec?
— A wdowiec. Już dwie lecie188 z górą minęło, jak my ją pogrzebli.
Na koniec, z najgłębszej skrytki wyjął długie puzderko, gdzie na szafirowym atłasie ukazał się bursztynowy sztuciec189. Trzonki u wszystkich trzech narzędzi były wyrobione w kształcie mitologicznych posążków, a przy tym obmyślone z podwójnym dowcipem: i tak, po jednej stronie bożek Mars190, gorejącej barwy, trzymał nad ramieniem wzniesiony mieczyk złoty, który zarazem tworzył i klingę noża. Po drugiej stronie Neptun191, trochę szarawy, trzymał trójzęb, którego złote szpikulczyki tworzyły widelec. Najwięcej panu Kazimierzowi podobała się łyżka; była to stubarwna, okrągło-wklęsła muszla, z której wychodziła bogini Wenus192; a bursztyn, użyty na tę postać, przeświecał taką mleczną białawością, że wydawała się naprawdę istotą z morskiej piany.
Pan Kazimierz przyglądał się tej niebiance z iście pogańskim nabożeństwem. Niemniej pilnie jej się przyglądał i własny jej twórca, a nawet w tym jego patrzeniu była jakaś lubość, taka daleka od czystego artyzmu, że młodzieniec, spostrzegłszy jego usta lekko rozchylone jak u ryby, pomyślał sobie:
„Ej, ty niemiecki Sylenusie193! Mimoć194 latek ona bogini, jak widzę, dobrze cię jeszcze za łeb dzierży”.
Jednak uwagę tę schował dla siebie, a na głos powtarzał:
— Mirabilia195! Godne królewskiego stołu!
— A ja zawdy powiedam, że to stworzone dla was, panie oficyjerze, bo jako się widzi z moderunku196, wasza miłość służysz i Marsowi, i Neptunowi, a jako się patrzy z oczu, to takoż197...