Kazimierz porywa ją w objęcia.

— Już nie można czekać... I tak późno... Ach, żeby nie ten łotr Ollender, już by my byli za miastem! A tak... A tak... ta brama nieszczęśliwa...

Hedwiga zaczyna rozumieć nowe niebezpieczeństwo. Pod tym ukłuciem odzyskuje przytomność.

— Puść mię — prosi — już ja pójdę śmiało.

Zbiegli ze schodków, suwają się pod ścianami — już wpadli w ciemną przecznicę.

Gospoda Kazimierza niedaleko, na trzeciej uliczce. Biegną prędko — jednak nim dobiegli, już ostatni zegar wydzwonił ostatnie uderzenie.

Przy gospodzie, w mrocznym zaułku, człowiek jakiś milczący trzyma w jednym ręku długi rapier1167, drugą ręką przytrzymuje konia. Koń ubrany jest w siodło z płaskim, szerokim łękiem1168; łęk przykryty puszystą derką.

Pan Kazimierz, którego kordelas błyszczy dzisiaj po prawej stronie, chwyta za rapier i przypina go do lewego boku. Przy spuszczaniu się po linie byłaby mu ta broń zawadzała, lecz teraz, na podróż, trzeba się dokładnie uzbroić. Już gotów — skoczył w strzemiona, podnosi panienkę, sadza ją przed sobą i tak dobrze zakrywa burką, że ledwie jeden koniec jej nóżki przegląda.

Jadą — przez ulicę jedną, drugą — wszędzie pustka.

Wyjechali na plac Targowy. Stąd już droga do Wysokiej Bramy jak wystrzelił.