Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem. Jeden i drugi przekonał się już przy latarce, że co trzyma w ręku, to najszczersze złoto, i pod wpływem tej świadomości jeden drugiego zaczął pytać, czy furta już naprawdę jest zamknięta.

W pana Kazimierza duch wstąpił na nowo, gdy nagle z bocznej izby wyszedł naczelnik straży, człowiek mu nieznajomy.

— Co to za harmider? — spytał groźnie.

Strażnicy oniemieli.

Kazimierz tłumaczył się uprzejmie:

— Każ mię wasze puścić. Zabawił ja się trochę w mieście. Jak nie wrócę dziś jeszcze do Władysławowa, jak nie stanę rano do apelu, to będę pokaran1173. Widzisz wasze, iżem jest1174 z Wodnej Armaty.

— Widzę to, jeno że niechbym puścił waszmość, to ja będę pokaran. A co to waszmość wieziesz do fortecy za trofea?

Mówiąc to, naczelnik wziął latarkę i oświecił nią trzewiczek Hedwigi.

W Kazimierzu krew się zagotowała. Miał ochotę trzasnąć śmiałka po ręku, skrzyczeć wszystkich i porozpędzać i byłby to uczynił w każdej innej chwili, ale dziś czuł, że nie może robić burdy, co by wydała tajemnicę. Zakrył więc tylko nóżkę brzegiem swej burki, gniewne słowa w sobie zadławił i pochyliwszy się do naczelnika, szepnął:

— Z żoną jadę.