— Aha! Z żoną — powtórzył tamten, patrząc na niego drwiąco. — A to żonce będzie cieplej nocować w mieście niż w polu. Radzę waszmości, wracaj zdrów do miasta, abo jedź do którego z burgemeistrów1175, przywieź mi passe-portę1176 na piśmie, to każę otworzyć.
Pan Kazimierz przygryzł wargi. Znał się na karności wojskowej, czuł, że nie ma tu nic do zrobienia, i już przemyśliwał, czy naprawdę nie byłoby lepiej wrócić do miasta i tam poszukać jakiego ukrycia, kiedy niespodzianie od strony pola ozwało się trąbienie podobne do rogu myśliwskiego, a potem gromkie wołania i hukania:
— Brama! Hej, otwierać!
Jeden ze strażników odemknął kratowane okienko i odpowiedział z przekąsem:
— Już nie można. Czekajcie se, aż słonko wejdzie.
Ale głosy nie ustawały.
— A cóż to, gburze jakiś, nie poznajeszże? To ja, burmistrz Freimuth!
— I ja, burgrabia Steffens!
— I ja!
— I ja!