— A nie wiecie to, kpy1177, gdzie my jachali1178?
Naczelnik straży, przestraszony, rzucił się do furty, krzycząc:
— Dawajcie klucze! To panowie senatory wracają z polowania... Prędzej, klucze! Most zwodzić co tchu! A wy wszyscy z drogi!
Pan Kazimierz usłuchał rady i cofnął się z koniem w najciemniejszy kąt bramy, tuż przy furcie.
Nastało straszliwe brzęczenie łańcuchów; powoli most opadł. Już też i klucze przykładano do furty; była ona dość wysoka, lecz wąska, tylko na jednego konnego. Gdy ją roztworzono1179, panowie senatorzy zaczęli wjeżdżać po jednemu, wszyscy kurzem okryci, śmiejący się, rozbawieni. Za nimi służba z psami, sokołami, konno i pieszo. Most pod nimi tętnił, a echa sklepień rozlegały się od nawoływań, chichotań i trzaskania harapów1180.
Wśród tej wrzawy starszy łowczy krzyknął:
— Hej! Mało furty! Otwórzta i bramę chocia1181 do połowicy1182, bo i furgonik1183 jest.
Rozwarto połowę bramy, wtoczył się wóz pełen zwierzyny, fasek, namiotków, kobierców i wszelkich myśliwskich przyborów. Za nimi jeszcze ostatnia kupka służby.
Wszyscy przejechali, łańcuchy znów zagrały, most poszedł w górę — i bramę na powrót zamknięto.
Naczelnik straży, rozglądając się z podniesioną latarką, zapytał: