— A gdzie ów kawaler, co to wiózł taką misterną nóżkę?

Strażnicy obejrzeli się po bramie: nigdzie nie było kawalera.

Jeden z nich wprawdzie dobrze widział, jak pan Kazimierz, zamieszany między służbą myśliwską, przesunął się tuż koło furgonu po moście, a potem zniknął za szańcami, ale sobie pomyślał:

„Hojny to pan, niechże sobie zdrów jedzie”.

I zaczął opowiadać, jako ów kawaler zawrócił się do miasta, czemu wszyscy w końcu musieli dać wiarę, kiedy nigdzie go nie mogli znaleźć.

A Kazimierz tymczasem leciał już gościńcem jak szalony.

Kilka razy obejrzał się niespokojnie. Gdy zobaczył, że nikt ich nie ściga, rozsunął burkę, spojrzał w twarz Hedwigi, przycisnął ją gwałtownie do łona i wykrzyknął:

— Wiktoria1184! Teraz jużeś ty moja! Moja! Moja na wieki!

I mknęli przez pola jakby duchy.

Wicher targał jej włosy, księżyc świecił jej w oczy, a ona te oczy to przymykała, to roztwierała z podziwieniem1185, pytając się samej siebie, czy to sen taki dziwny? Czy to prawda, że ona, ta cicha, ta wiecznie przędząca panienka, dała się porwać i leci w świat nieznany?