I jakiś lęk panieński ogarniał ją na powrót.

Ale po chwili przypomniała sobie, że ten, co ją porwał, to jej zacny, jej mężny, jej ukochany Kazimierz, i wnet lęk ustawał, i znów przytuliła się z ufnością do jego mocnej, gorącej, roztętniałej1186 piersi.

A on, cisnąc ją w objęciu, wykrzykiwał:

— Bóg dobry! Och, jak ja cię miłuję! Wiktoria!

Tak, wiktoria! Wyrwał ją z kamiennego pierścienia rajcowskiej przemocy, wyrwał ją z kamiennej obręczy murów miejskich i oto lecą, jakby ptaki, wyżej łanów szumiących, niżej chmur pływających, lecą szczęsni1187 i wolni, bo miłość ma skrzydła.

VIII. Tak — ale wszelka miłość ma skrzydła

Jednakże w najszaleńszym pędzle jazdy, wśród najzawrotniejszych uściśnień i upojeń, panu Kazimierzowi ciągle przez głowę przelatywało niespokojne pytanie:

„Czemu ten Maciek nas nie dopadł? Czasu miał po uszy. Ceregielowalimy1188 się tak długo wedle1189 bramy. Czy tam się co stało, czy co?”

Istotnie Maciek miał czasu bardzo dosyć na spełnienie pańskich rozkazów. To tylko nieszczęście, że był „maćkiem”.

Jak widzieliśmy, podczas nadpowietrznej podróży młodych państwa, z serdecznego strachu o nich, zamknął oczy. Gdy je otworzył, już Kazimierz i Hedwiga zbiegali z tarasu.