I targnął linę z całej siły. Aż wtedy uczuł coś dziwnego. Ile razy ją pociągnął w górę, tyle razy jakaś niewidzialna siła pociągała ją na dół.
— Cy to cary? Cy tam ją kto tsyma?
I wysunął głowę jak najniżej, aby dojrzeć, co się dzieje na ganku.
— Jezu Maryja! Adyć tsyma! Stoi tam cłek jakowyś abo ino bies1191... boć którendyzby żywy cłek tu psysed?
Mylił się on we wszystkich przypuszczeniach. Nie były to czary, nie był to bies — był to po prostu pan Kornelius, który obszedłszy kilka ulic, wrócił od strony przeciwnej, co sprawiło, że nie spotkał uciekających. Podczas gdy Maciek zagapiony spoglądał za nimi gdzieś w dalekość, on sobie najspokojniej wszedł na ganek, zajął swoje Kornelius Ruhe i czekając, aż Mina go zawoła, smutnie zapatrzył się w niebo.
Po chwili przetarł oczy... Jakaś kresa1192 czarna przesłaniała mu sam środek tarczy księżycowej. Przetarcie oczu nie pomogło. Spojrzał bacznie, zdziwił się niezmiernie: kresa ta ciągnęła się od tarasu aż do samego dachu. Z początku nieruchoma, nagle zadrgała i zaczęła iść w górę. Wtedy zrozumiał, że to nie jest żadne przywidzenie, dał dwa susy, chwycił linę oburącz, przytrzymał ją, podniósł głowę — a gdy nad smokiem zobaczył migocącą rękę, zaczął krzyczeć z całych potężnych piersi:
— Złodziej! Mina, jesteś tam? Kuba, do mnie! Łapaj złodzieja! Stróże! Hej! A ty, łotrze, zejdź no mi tu zaraz!
I pod wpływem tej przyrodzonej skłonności, co we wszelkim uniesieniu każe nam wracać do rodzinnej mowy, zaczął po holendersku kląć na czym świat stoi.
Ale i Maćka wzięły złości.
— Nie dam ja się tobie, Miemce1193 jakiś! — powtarzał i linę precz1194 do siebie ciągnął.