Wkrótce też nie z nim jednym już miał do czynienia. Najpierwsza Mina, przerażona krzykiem Korneliusa, ukazała się we drzwiach ze świecą w ręku.

Zaraz potem przypadł i Kuba Grubasek. Musiał on być gdzieś niedaleko, pewnie spał już sobie na wygodnej ławie jakiegoś tarasu. Zaskoczony w tym niezupełnie sumiennym spełnianiu swoich obowiązków, tym żywszą teraz chciał okazać gorliwość; nie tylko więc pochwycił linę, ale zaczął się po niej wspinać, co przy jego pękatej tuszy zdawało się niełatwym. Ale Grubasek, choć grubasek, miał dużo kociego przyrodzenia1195 i mimo wstrząśnień liny wspinał się coraz wyżej, wołając swoim śpiewackim, przeciąganym głosem:

— Poczekaj, złodzieju, dam ja tobie! Poczekaj!

Nadbiegł i drugi stróż nocny, kościsty a wysoki Łukasz, trębacz, o wiśniowym ubiorze i uroczystej postawie. Ten nie piął się na linę, ale podniesionym berdyszem groził owej ręce wystającej z dachu i starał się utrzymać porządek między publicznością, której coraz więcej przybywało. W sąsiednich domach okna się otwierały z brzękiem, widać w nich było głowy niewiast obrurkowane w białe nocne czepki, wodzące przestraszonymi oczami. Na ganki wysypywała się służba wpół odziana, za nią panowie gospodarze wychodzili w szlafmycach1196 z kijem w ręku, pytając niecierpliwie:

— Co to takiego? Co się stało?

Jedni odpowiadali:

— Gore1197!

I głos ten leciał z ust do ust, szerząc niezmierną trwogę. Drudzy uspokajali:

— Ale gdzież tam! To nic, jeno ktoś zabit1198!

Inni znów przeczyli: