Nikt się nie odezwał.
Gdyby w skargach i prośbach majstra była brzmiała boleść ojcowska, ta boleść, co rozdziera wnętrzności — głos jego byłby niezawodnie porwał wszystkie serca. Ale tam brzmiała tylko zajadłość okradzionego sknery i wściekłość pogardzonego zalotnika, dwie złości, na których upokorzenie ludzie radzi patrzą. Toteż nikt nie odpowiedział. Niektórzy nawet uśmiechali się złośliwie.
Jednakże jakiś geniusz1217 wrogi młodej parze musiał usłyszeć błagania pana Schultza, bo ten jeszcze nie zdążył ich powtórzyć, a już w pobliżu zadzwoniły podkowy i nad głowami tłumu pokazało się kilku jeźdźców.
Byli to ci sami myśliwcy1218, dla których otwierano furtę Wysokiej Bramy. Nie wszyscy. Niektórzy podążyli w inną stronę miasta, furgon też już był odprawiony. Tu zbliżali się tylko dwaj panowie z senatu, burmistrz Freimuth i wójt Hans Hecker, którym droga do mieszkania przez tę właśnie ulicę wypadała. Za nimi jechało pięciu ludzi ze służby.
Widząc tak niespodziane zbiegowisko, pan Krzysztof Freimuth naciągnął brwi jowiszowe1219, zatroskany wielce obawą, czy nowa jaka walka stronnictw nie zaburzyła miasta. Podniósł się na strzemionach i krzyknął swoim burmistrzowskim głosem:
— Co to?! Z drogi, ludzie! A co to się stało? Gdzie tu stróże nocne?
Kuba i Łukasz przyskoczyli z obu stron do konia i stali zatrwożeni, kręcąc birety w ręku.
Zanim się zdobyli na opowieść wypadku, pan majster wydał krzyk radosny jak tonący, który spostrzega deskę, zbiegł z tarasu, rzucił się ku jeźdźcom i wołał:
— Panie burgemeister! Panie wójcie! Pan Bóg was przysyła! Sprawiedliwości! Łotr mi wykradł Hedwigę! Moje dziecko! Moją pupilkę! Mój skarb! Panie Krystof! Panie Hans! Bądźcie moimi zbawcami! Pomóżcie!
Tu jeden ze strzelców burmistrzowych podjechał i, śmiejąc się od ucha do ucha, zawołał: