Pani Flora uradowała się niezmiernie tym poparciem, przychodzącym ze strony, skąd najmniej mogła się spodziewać pomocy, i już sądziła, że jest bliską tryumfu.

Na nieszczęście, w tejże samej chwili Fruzia do niej przypadła i szepnęła jej w ucho głosem trzęsącym się od strachu:

— Pani... pani... niech pani wraca doma...

— Co znowu?

— Jakiś drab1213 miejski wpadł do nas i powieda, że złodziej pewnie w naszym domu się chowa.

— Co za drab? Wszak widzisz, Kuba i Łukasz tu stoją.

— A, ba! Żeby to który z naszych, tobym sobie dała z nimi radę, ale to jakiś starszy, nieznajomy... Chce nam cały dom przetrząsać, niby wedle naszej przezpieczności1214.

— O, to źle... — syknęła pani Flora i zwróciła się ku swoim drzwiom co żywo, nie bez żalu jednak, że nie mogła do końca doprowadzić swojej rozprawy z panem Schultzem.

Ten wcale nie dał się stropić. Owszem1215, fukał coraz gwałtowniej:

— Gadajcie wy, co chcecie, a ja powtarzam: nie taki on głupi, aby miał nocować w mieście. Że bramy zamknęli, to nie racja1216. Niby to nie można wejść w konszachty z bramiarzami? Niby to przekupnych ludzi mało? Ha no, co robić? Trza iść do którego burgemeistra, prosić o konie i żołnierzy. Ale budzić, prosić, to rzecz długa, żebym jeno miał konia! Dobrzy ludzie! Nie da mi tu kto konia? Wszak je macie w podwórkach. Ja zapłacę, i grubo. Zmiłujcie się! Ja człek nieszczęśliwy!