Tu zbliżył się Kornelius.

— Panie Meister, u nas w Amsterdamie...

— A bierz cię licho z twoim Amsterdamem! Co mi tu Amsterdam pomoże?

— A pomoże. Pan Meister powieda: „Trza coś robić”. U nas w Amsterdamie, kiedy łotr porwie niewiastę, to go ludzie topią w kanale jak szczenię.

— A dobrze, i ja go utopię w Motławie, w morzu, we krwi, w czym chcesz, jeno mi go daj! Ha, jak go dostać? Żebym konia tylko miał, tobym go dogonił, choć on już daleko, za miastem! Dalibóg, dogonię!

Tu pani Flora nagle wyszła z omdlenia i ozwała się:

— Pleciesz waszeć trzy po trzy. Jakoż on ma być za miastem, kiedy bramy już dawno zaparte, a on tylko co umknął! Szukaj waszeć, szukaj, ale w mieście.

— Prawdać to, wdowa dobrze gada — ozwały się różne głosy.

I Kornelius, w myśli zestawiwszy wspomnienia swojej nocnej przechadzki, poparł jej zdanie.

— Tak — mówił — kiedy ów łotr uciekał, to właśnie grali na wieży. Przede graniem liny tu nie było.