Ten porwał ją, posadził, a raczej położył przed sobą, głowę jej oparł na swoim rozkrwawionym ramieniu, konia zawrócił na powrót ku miastu, puścił się cwałem i znikł w ciemnej nocy.
Tymczasem pan Kazimierz runął z siodła.
Koń przestraszony wystrzałem, krzykami, zamieszaniem wyrwał się, poleciał wprost przed siebie gościńcem wiodącym ku Oliwie i przepadł w ciemniejących gąszczach.
Łowczy, który dotąd nie mieszał się czynnie do zajścia, lecz tylko jako wódz baczny kierował czynnościami drugich, teraz, dostrzegłszy leżącego, zsiadł co żywo, zbliżył się i pytał z wielkim zatrwożeniem:
— Aleć on nie zabit?
Kornelius przysiadł na piersiach Kazimierza, przyłożył do nich rękę, roześmiał się twardo i odpowiedział:
— Zabit. Już mu niczego nie trza, jeno piasku na oczy.
Łowczy chwycił się za głowę i zaczął krzyczeć:
— A łajdaki! A nie mogli wy to go wziąć żywcem? Po co ta pukanina? Który strzelił?
— Nie ja!