Pani Flora nic nie odrzekła, oparła głowę na ręku i mocno się zadumała.
Majster przeszedł kilka razy przez pokój. Nagle stanął przed nią jakiś rozweselony.
— Czy wiesz wasani? Trudno to dać wiarę, a jest. Już ręka mniej piecze.
— Chwałaż Panu Bogu! Żebym to ja mogła jeszcze i na duszną1307 ranę waszeci przyłożyć plasterek! A mogłabym.
— Co znów? Jakim sposobem?
— Puść mnie waszeć do Hedwigi, a ja ją do submisji nakręcę.
Na twarzy pana majstra odmalowało się wahanie.
— Puść mię wasze — powtarzała — ja jej nakiwam1308, jako trzeba. Powiem jej, niechże raz już wybije sobie z głowy onego młokosa, tym więcej, że już umarł i żadne lamenta1309 go nie wskrzeszą. A choćby i mogły wskrzesić, czy to nie większy onor zaślubić słusznego personata1310 niż takiego chudego sowizdrzała1311?
— O to, to! Powiedz jej wasani, jak to ty umiesz. A umiesz, bo z wacpani Salomon1312 w spódnicy. A więc tedy pójdziem.
I roztworzywszy drzwi od korytarzyka, szedł przodem na wyższe schody, a pani Flora, idąc za nim, błogosławiła go po cichu: