To rzekłszy, zbiegła ze schodów, a zbiegając, tak w duszy kończyła swoją przemowę:
„Powiedziałam, jako nie wyjdę stąd aż do szlubu, ale nie powiedziałam — do czyjego szlubu. Już on tera mój, to pewne jak amen w pacirzu. Niech no ja miesiączek abo dwa z nim podyszkuruję1402, a niech no mu na obiadki narobię co dzień konfektów1403 i pasztetków, to dziad wleci w sidło jako ptak. A godny to mąż! Co za kamienica! Dla mnie na małżonka unikat. Co za szafy! Co za makaty! A te przebindy1404 i alszbanty1405! Będę ich miała, ile się żywnie zachce. Ale przy tym jest i panem rajcą. A za czasem1406 ja go wyforuję i na burgemeistra. Bo ja muszę być panią burmistrzową, tak czy owak, a muszę”.
W tych myślach pani Flora wyszła z Bursztynowego Domu i skierowała się ku dominikanom.
Przez ten czas pan majster, zamknąwszy znów na klucz Hedwigę, stał jeszcze nieco w korytarzu, gdzie sobie rozważał ostatnie spojrzenia i słowa pani Flory.
— Osobliwsza Frau1407! — powtarzał. — Dla kogo się to ona sakryfikuje i kogo to ona miłuje? Hedwigę? Czy mnie? Oj, coś mi się widzi, że nie Hedwigę. Fenomen z tej niewiasty. Dalibóg, żeby nie było Hedwigi, tobym ją zara wziął za żonę, bo to i buzia kieby roza1408, i szyjka cygnusowa1409, i gospodyni ekscelentna1410, i rozumu jak u siedmiu panów radnych. Ale Hedwigi nie rzucę, choćby jeno dlatego, aby na swoim postawić, i dlatego, aby ludzie nie drwili, że mała Mädchen1411 dała mi odkosza1412. A przy tym i to bestyjka cudna.
Tak rozmyślając, spoglądał kolejno to na drzwi od panieńskiego pokoju, to na schody, którymi zeszła pani Flora, i już wrócił do swojej komnaty, już sobie znowu piwa dolewał do szklenicy, a jeszcze wahał się, która z nich godniejsza jest afektu.
— Rób, co chcesz — medytował — zawsze źle. Weź tę, będzie żal tamtej. Weź tamtę, będzie żal tej. Żeby to tak można... Ano cóż, kiedy nie można... Nie wolno! Hm... Na ten raz szkoda, że ja nie Turek.
X. Wesele
— Co u licha? Czy tu mór1413 wszystkich powybijał, czy co? Maciek, zajrzyj no do której chałupy i koniecznie dostań mi języka.
— Juz ja, prosę wasej miłości, kręcił się po niejednym obejściu i raz doślipił1414 ja maluśkiego chłopacynę, ale i ten mi ucik i psepad za chliwkiem1415. Juz mię się wsyćko tera nie dazy1416, już takowa klątwa Pana Boga cięży na mnie, obzydłym gześniku.