— Zabijta1421 mię jak psa! — wołał dzień i noc. — Ja nie godzien żywota! Obwieśta1422 mię tu zara na wieżycy!
I rozbijał się po całym klasztorze, głową tłukł o mury, jadło i napój odpychał, a gdy choremu nie mógł służyć, bo i pan Kazimierz nie znosił jego widoku, Maciek siadł pode drzwiami celi, wzdychał, szlochał, każdego z wychodzących błagał o wiadomość i wciąż powtarzał:
— On juz nie zyw! Pewnikiem nie zyw! Pokażcie mi wzdy1423 jego mogiłkę! Ja tam się zawlekę i zdechnę jak pies.
Na koniec ojcowie cystersi ulitowali się tak wielkiej boleści; zaczęli tłumaczyć Maćkowi, że gdzie nie było złej woli, tam nie ma i grzechu, że pan ozdrowieje, nawet już miewa się lepiej. I oficerowie, wzruszeni, przestali fukać na biedaka. W końcu i sam pan Kazimierz, po kilku naradach z dominikańskim ojcem Damianem, kazał Maćka zawołać i przypuścił1424 go na powrót do służby, a w połowie i do swojej łaski.
Wszelako łzy Maćkowe jeszcze nie przestały płynąć; jeżeli już nie płakał ze zgryzoty nad chorobą pana, to płakał z rozczulenia nad jego wspaniałomyślnością; ile razy otrzymał słowo lub spojrzenie, zaraz rozkwilał się jak dziecko i teraz oto jeszcze od łez mroczących mu oczy nie mógł pana dopatrzyć ni dogonić.
Tymczasem pan Kazimierz przebiegłszy wioskę wpadł w gęste zagajenie, gdzie droga nagle się skręcała, i na tym skręcie ujrzał widok niespodziany, który go zarówno zdziwił, jak ucieszył.
W głębi krajobrazu świeciła kręto rozlana, iskrząca się od wartkiego biegu, rzeka Warta; bliżej stał ogromny dwór wiejski tyłem zwrócony do rzeki, a przodem do wielkiego dziedzińca. Musiał ten dwór być niegdyś obronny, bo na dwóch narożnikach miał dwie małe, murowane baszty, o czapkach z dachówek i kręcących się chorągiewek; ale budynek, co je łączył, był cały drewniany, modrzewiowy, pokłuty gdzieniegdzie oknami o maleńkich, ziarnistych szybkach; wyglądał nieco przysiadło1425, bo nie posiadał piętra; za to miał dach niezmiernie wysoki, z gontów niby spiżowych, tu rudawych, tam zielonawych od porostów i omszałości. Przed drzwiami wejściowymi wysuwał się ganek o toczonych słupach, z wystającym daszkiem, w którego trójkątnym szczycie świecił na tle złotym okrągły obraz Matki Boskiej. Dziedziniec musiał także niegdyś służyć za warownię; tu i owdzie sterczały jeszcze kawały blankowanego1426 muru, ale w licznych miejscach mur był już rozsypany i tam zastępowały go płoty bujnie obrosłe krzewinami. Tylko brama wjazdowa, ciężka i sklepista, przechowała się nienaruszenie.
Od tej bramy droga, wysadzana lipami, biegła prosto jak wystrzał do wiejskiego drewnianego kościołka, który szarzał w oddaleniu nagim czworobokiem swoich ścian sędziwych i dachem jeszcze spiczastszym niźli dworski, uwieńczonym dzwonniczką, gdzie pod słońcem coś migało, niby srebrna iskra, pewnie sygnaturka1427.
Cały ten obraz był zatłoczony wieśniactwem1428 odświętnie ubranym; jedni przez płoty zaglądali do dziedzińca dworskiego, inni długimi sznurami stanęli po dwóch stronach gościńca; największe tłumy roiły się koło kościoła; tam aż pstro było na polu od pasiastych spódnic, kwiecistych fartuchów, granatowych sukman i sterczących nad głowami jagnięcych wykrawanek1429.
Pokazanie się pana Kazimierza sprawiło w tej nieruchomej ciżbie niejakie poruszenie. Na widok ubioru wojskowego, i to nieznanego w tych stronach, oglądano się ciekawie.