To mówiąc, wydobył z zanadrza szkaplerz, wyjął z niego pożółkłą kartkę, rozwinął ją i podał starościnie.

Ta, ledwie rzuciła okiem, krzyknęła:

— Boże święty! Pisanie pani matki!...

Ręce jej się trzęsły, usta drgały, jednak przemogła wzruszenie i głosem przerywanym czytała następne wyrazy:

— „Ja, podkomorzyna Katarzyna Strusiowa, piszę to i we szkaplirzu świętym kładę na szyję mojej wnuczki Marysi dla okrutnej paniki1495 od ordy, co już nasze somsiady plondruje1496 i leda moment nas nawiedzi, a która, jako słyszę, już parę tysięców1497 dziatek nabrała. Tedy, jeśliby mnie przyszło z wolej1498 Boskiej zginąć od onych pogan, niechajże wiedzą, że to niemowlę, co samo świadkować za sobą nie może, ma za rodzice1499 moją córkę Orszulę i jej męża, imci pana starostę Rocha Nałęcza, które mieszkają we Dobrowoli nad Wartą, i, jako ludzie znaczne, sowity okup za nią ochfiarują1500. A jeśliby nasi odbili dziecko, niechaj takoż wiedzą, komu ją trza oddać, i niech nie mieszkając1501 oddadzą, za co Pan Bóg im będzie błogosławił i ja błogosławię, amen. Salwuj1502 nas, Jezu Chryste i wszyscy Jego Święci”.

Nastąpiła chwila milczenia. Starościna siedziała z oczami utkwionymi w papier. Zdawało się, że znowu kamienieje.

— A co? — zagadnął pan Kazimierz. — Czy rzecz nie jasna jak słońce? Panna Hedwiga to Marysia, nikt jenszy.

Starościna zamiast odpowiedzi zaniosła się od gwałtownego płaczu, zaczęła całować to szkaplerz, to kartkę i wołała ze łkaniem:

— Co to za okropny był moment, kiedyś ty to pisała, o moja dobrodziko! Ostatni moment twego życia! Zaraz potem, co się to działo z tobą! Mordowana! Zamordowana!...

Potem podniosła oczy załzawione, obejrzała się po wszystkich i mówiła: