— Nie, ona się tam chowała u pewnego człowieka... co nazywa się Schultz... Majster od bursztynów, człek bogaty...

— Co? Szwab? Luter? Jeszcze może i ją zlutrzyli?

— Nie, żona onego Schultza, niewiasta z naszych stron, była szczera katoliczka i po katolicku wychowała pannę Hedwigę...

— Co za Hedwigę?

— Ach nie... Chciałem powiedzieć: pannę Mariannę. Ona tam nazywa się Hedwiga, boć te ludzie, dostawszy niemowlę, nie mogły wiedzieć, jakowe jest jego prawdziwe imię.

Promieniejąca twarz starościny z nagła zamroczyła się zwątpieniem.

— Gadajże waszmość: kiedy one ludzie nie wiedziały, co to za dziecko, to jakimże sposobem teraz wiedzą? Dziecko przecie samo tego przypomnąć1493 nie mogło, to rzecz niepodobna. Tedy gdzie dowód, że to Marysia? Moja, prawdziwa Marysia?

— Jest dowód, i to nie jeden. A nasamprzód dziecko miało szatki niebieskie ze złotą forbotką, samem je oglądał. Widzę ja, co waszmość pani chcesz powiedzieć, że to nie żadna racja, bo niejedną dzieweczkę mogły rodzice tak przybrać. Ale jest jenszy dowód, jasny jak słońce. Panienka miała na szyi szkaplirz...

— Ja nigdy jej nie kładłam żadnego szkaplirza.

— Ale kto jenszy włożył. W onym szkaplirzu było pisanie1494. Mam je tu ze sobą. Czytaj, dobrodziko.