— Jeśli waszmość zwodzisz, toś popełnił kryminał1490. Oto od emocji znów atak przyszedł, jeszcze nam zamrze.
— Ależ — tłumaczył się pan Kazimierz — jam od początku nic nie robił, jeno ją preparował. Musiałem ci przecie raz tę rzecz wykrztusić. Ja nie kłamam1491, ja prawdę gadam, jak Boga kocham, prawdę!
— Prawdę? — powtórzyła starościna, która po kilku wzdrygnieniach1492 zaczynała wracać do życia; twarz jej nabiegła ogniem, oczy zapałały. Wyciągnęła ręce do pana Kazimierza i wołała:
— Aniele Boży! Więc to prawda? Ona żyje? Tyś ją widział?
— Widziałem sto razy. To ona przysyła mię tu do swojej pani matki.
— Ale gdzież ona sama? Czyś ją przywiózł? Pokażże ją, na miłość boską, pokaż!
— A juści przywiozę ją... tylko teraz jeszcze nie można...
— Dlaczego? Gdzie ona?
— O! Daleko stąd, w Gdańsku.
— Co? Aż kole morza? Skądże ona się tam wzięła? Czy kto ze sług ją odratował?