— Czy może być? Żywa? O pani matko, jaka ty święta, kiedy Pan Bóg w takie konfidencje1556 wchodzi z twoimi wotami! Ale gdzież ona, ta biedaczka?

— Gdzie Marysia? Dajcież ją sam! — wołał pan młody, oglądając się na wszystkie strony.

— Jeszcze jej tu nie masz, ale, da Bóg, będzie. Ten kawaler ją widział, powieda, że ją sprowadzi, patrzcie, oto imci Korycki, jej salwator1557, mój drugi syn, to będzie mąż Marysi.

Pan rotmistrz skoczył ku panu Kazimierzowi, objął go za szyję, całował w oba policzki raz i drugi, i trzeci, a wciąż wołał:

— Kochany! Setny chłopcze! Niechże cię! A toś cudotwórca! Święty Pański, czy co?

W tejże chwili panna młoda, wciąż na klęczkach, zwróciła się ku panu Kazimierzowi; nie spojrzała nawet, kto on taki, młody czy stary, pan czy parobek, tylko chwytała go za ręce, chciała je do ust ponieść i ze łkaniem wołała:

— Daj, daj, dobrodzieju! Niech ucałuję te ręce przezacne, co pani matce wróciły jej skarb!

Pan Kazimierz, zakłopotany, wyrywał ręce i prosił:

— Dajże pokój wacpani... A toć ja raczej winien całować te hatłasowe rąsie.

Na takie kawalerskie słowa klęcząca podniosła oczy, spostrzegła dopiero teraz, że ów „dobrodziej” to dorodny młodzieniec, zerwała się zmieszana i spłonęła.