I nie tylko dzisiaj, ale już do końca życia służył swej pani po rycersku. Gdy się bowiem skończyły uroczystości weselne (co — mówiąc nawiasem — nieprędko nastąpiło, bo przy święceniu podwójnych oczepin przez całe dwa tygodnie dwór był pełen kwiatów i wiwatów, pląsania młodzieży i strzelania z moździerzy), gdy na koniec goście się porozjeżdżali i pozostały tylko dwie rodziny, a raczej dwa szczątki rodzin jakby cudem ocalałe i złączone, wtedy zaczęto rozmyślać nad sposobem urządzenia sobie przyszłości.

Namysł był krótki. Pani starościna od razu oświadczyła, że nigdy na to nie pozwoli, aby jej Marychna-Jadwichna, ledwie co po tylu latach odzyskana, miała ją znów opuszczać i za mężem iść gdzieś aż pod Karpaty. O wyjeździe Krysi tak samo nie mogła nawet myśleć. Postanowiła więc, że obie młode pary z nią razem zamieszkają, a nie chcąc pana miecznika rozłączać z synem ani z córką, prosiła go, aby także się tutaj przesiedlił i wszystkim najłaskawiej ojcował.

Pan miecznik, podrożywszy się, ile przystało, z wewnętrzną radością przyjął zaprosiny, wydzierżawił swoją wioszczynę, a sam został na zawsze w Dobrowoli, którą przezwał swoją „Dobrą Dolą”.

Tu istotnie starcowi zgrzybiałemu od nieszczęść i samotności zachód życia pięknie się rozpromienił. Wprawdzie nic mu już nie mogło przywrócić ani małżonki, śpiącej na czarnorudzkim cmentarzyku, ani dwóch synów, śpiących pod kopcami dalekich pobojowisk. Ale Krysia, ta Krysia opłakana, szukana, ukochana, odnalazła mu się, i jaka! Piękna, bogata, szczęśliwa, poczciwa. I syn oto postanowiony tak świetnie, jak się ojczulkowi wcale nie marzyło. I, prawdę mówiąc, miał już nie jedną córkę, lecz dwie córki, nie jednego syna, lecz dwóch synów — a wszystko to kochało go i służyło mu na wyścigi tak, jak lubił, z „moresem” i wesołością.

Pani starościnie także nic już nie mogło przywrócić ni srodze zamordowanej matki, ni przedwcześnie zmarłego męża, ni straconego bez ratunku zdrowia. Ale Bóg przywrócił jej Maryśkę czy Jadwiśkę (bo i tak, i tak ją nazywano) i tą jedną gwiazdą rozjaśnił cały wieczór jej żywota.

Już to trzeba przyznać, że owe przedweselne tygodnie oczekiwania na córkę były dla pani starościny strasznymi. Nie tylko bowiem pożerała ją niecierpliwość macierzyńskiego serca, połączona z niepokojem o skutek wyprawy, ale trapiły ją i różne inne postrachy. Bała się mianowicie (i z Krysią często dzieliła tę obawę), czy Władek jej nie przywiezie jakiej sztywnej, pospolitej mieszczki, o pojęciach i nawyknieniach1794 nielicujących z ich starodawnym życiem. Lękała się jeszcze bardziej, czy nie przywiezie jakiejś pół-Niemkini.

Pierwsze spojrzenie na rozkoszną buzię panienki, pierwsze jej padnięcie do nóg matce, pierwsze jej rzucenie się na szyję Krysi rozwiało wszystkie te obawy.

Hedwiga wprawdzie zachowała niektóre przyzwyczajenia z przeszłości, ale tylko same chwalebne. I tak na przykład nic nie mogło w niej zachwiać zamiłowania do porządku; wszystko wkoło niej, czy to w komnatach, czy w kuchni, musiało zawsze świecić się i bielić, jakby czyste srebro i złoto. Z początku służba dworska mruczała na te wymysły młodej pani, z czasem jednak przywyknięto i dwór dobrowolski zasłynął w całym sąsiedztwie z niewidzianej dotąd, iście holenderskiej schludności.

Pod innymi wszystkimi względami Hedwiga dziwnie szybko zrosła się ze swoim nowym życiem, bo dusza u kobiet bardzo młodych, jeszcze jak wosk miękka, łatwo przyjmuje wszelką pieczęć, zwłaszcza jeśli ta pieczęć jest wyciśnięta przez gorące i silne serca, a takich wkoło naszej „królewny” nie brakło.

Umiała też sercem za serce płacić. Jej cześć i miłość dla matki przechodziły zwyczajną miarę, jakby chciała tę matkę wykochać za wszystkie lata stracone. Dla pani Krystyny także miała coś podobnego do cześci1795, jako dla swojej odkupicielki przed Bogiem, „bo — powtarzała nieustannie — gdyby pani matka nie była Krysi wzięła sobie za córkę, nigdy by Pan Bóg nie był mię oddał pani matce”. Toteż dwie młode panie zespoliły się całą duszą nie jak dwie bratowe, ale jak najrodzeńsze siostry, i tak, nie upłynęło dużo wody w Warcie, a już śliczna gdańszczanka stała się pieszczoszką całego domu starościńskiego.