Czy pan Kazimierz miłował żonę, o to podobno i nie godzi się pytać. Skarb dla nas tym droższy, im więcej kosztowało nas jego zdobycie.

Wprawdzie taż sama gwałtowność, z jaką junak ukochał i zdobył panienkę, teraz na widnokrąg małżeński sprowadzała niekiedy krótkie burze. Z mężem impetykiem życie różnie się toczy. Ale mądra żonka znalazła na to sposób. Ile razy pan małżonek zaczął fukać, zaraz cała drżąca przystawała w kąciku i, przysłaniając oczy wyszywaną chusteczką (u której zawsze musiały być chwaściki1796), utyskiwała ze łkaniem:

— O ja nieszczęśliwa! Ja dla niego znosiłam srogie więzienie i tortury, a teraz co mam za to, co?

Jak tylko pan Kazimierz wspomniał na „srogie więzienie z torturami”, zaraz miękł i oprzytomniewał1797. Dla niepoznaki trochę jeszcze pohukał, ale po chwili zaczynał o czym innym kręty dyskurs, a po godzinie już przypadał do nóg Jadwichny i, jak na „złotym ganku”, całował jej błękitny trzewiczek.

Cięższymi od tych zawieruszek były chwile, kiedy surmy1798 wojenne zagrały i kiedy pan Kazimierz — obecnie pułkownik piechotny — razem z pancernym1799 panem Władysławem wyruszał gdzieś daleko pod chorągiew1800. Natenczas dla starościny, dla miecznika i dla dwóch pań młodszych nastawały śmiertelne miesiące trwóg, niepewności, wyczekiwania na listy i wieści. Ale takim życiem żyły u nas wszystkie ówczesne niewiasty. Maria-Hedwiga przyjęła je z odwagą, a na tę odwagę zdobyła się tym łatwiej, że dziwnie szczęśliwe zwroty jej dotychczasowych losów dawały jej ślepą ufność i w przyszłe błogosławieństwo Boże.

Ten pogodny pogląd sprawiał, że i na swoją przeszłość patrzyła teraz już tylko z uśmiechem. Obraz pana Schultza stawał przed nią w coraz łagodniejszym świetle; wspomnienie doznanych odeń ucisków zacierało się z każdym rokiem, a jego zasługi występowały coraz jaśniej. W tym poczuciu bezwzględnej wdzięczności utwierdzała ją pani starościna, która nie mogła myśleć bez rozrzewnienia o ludziach, co uratowali jej dziecko. Nikt by na żadnym różańcu nie policzył wszystkich mszy świętych, jakie rokrocznie odprawiały się w Dobrowoli za duszę pani Doroty Schultzowej; był to dla prawdziwej matki jedyny już sposób odsłużenia się matce przybranej. A i w rozmowach o panu Schultzu starościna trzymała się tejże zasady, co względem umarłych: „Aut nihil, aut bene1801”, i jeśli mówiła o nim, to tylko przychylnie. O jego niedoszłych zalotach nigdy nie wspominała. Czasem nawet bywało, gdy sam na sam siedzi z miecznikiem, to powiada:

— Nie indygnuj się1802 waszmość na tego nieboraka. Wszak ci on nie wiedział, z jakiego domu ona się wywodzi. A że chciał na całe życie do piersi przytulić takie złote stworzenie, to i co dziwnego? Kto by nie chciał? Biedne człeczysko, my mu ją zabrali. Ile mnie szczęścia, tyle jemu szkody.

Tak rozumowało anielskie serce pani starościny. Więc kilka razy do roku szły do pana rajcy pyszne upominki, drogie futra, piękna broń myśliwska, domowe konfekty, przy tym listy od pani Hedwigi pełne wdzięcznych zapewnień, a przy każdym liście dopisek, w którym pani starościna zapraszała go do siebie, choćby na dni kilka, „bo — pisała — żałosno1803 mi będzie umierać bez obaczenia benefactora mojej córki”.

Ale z panem rajcą twarda była sprawa. Za dary przysyłał niemniej piękne dary; na listy odpisywał sztywno i lodowato; a na zaprosiny odpowiadał zawsze jedno i toż samo:

„Z moją Florą za dobrze mi doma, abych1804 ja się miał z niego ruszać. To żona, którą Pan Bóg stworzył richtig dla mnie, i głupim ja był, kiedym Panu Bogu kontrował”.