Na koniec mieszkańcom Dobrowoli zrobiło się markotno, że pan Schultz chce zawsze uchodzić za niezapłaconego1805 wierzyciela, i zaczęli przemyśliwać, czym by go tu prawdziwie wspaniałym obdarować.
Aż i wymyślili: nobilitację1806.
Chcieli go przypuścić do swego Nałęcza (z tą wszakże odmianą, że binda1807 miała być nie biała i fałdzista, jak zwykle, ale żółta i perełkowana niby przepaska z bursztynu).
Rzecz ta, co prawda, przedstawiała niemałe trudności; trzeba ją było wyrabiać aż na sejmie, i to — szczerze mówiąc — nie wiadomo, za jakie zasługi. Chyba właśnie za ocalenie starościanki od niewoli pogańskiej.
Zaczęto jednak zabiegi; te szły opornie i z wolna; skutek był więcej niż wątpliwy. Ale pani Hedwiga nie chciała o nim wątpić i już sobie roiła, że sama ów klejnot zawiezie dawnemu „dobrodziejowi”, bo chciało jej się koniecznie raz jeszcze śliczny Gdańsk odwiedzić i rada też była pochwalić się tam przed wszystkimi dwojgiem wdzięcznych dziatek, jakie już po jej alkierzu biegały. Pan Kazimierz także byłby chętnie znowu zobaczył swoje morze i władysławowskie szańce, i starego „Łabędzia”, i starych towarzyszów od Wodnej Armaty. Pani starościna pochwalała zamiar, tylko nie radziła zabierania dziatek; wieloletnie doświadczenie ostrzegało ją, że widok tych „kinderków” nie będzie miły dawnemu współzalotnikowi, tym bardziej że, jak wiedziano z listów, i teraz pozostał on bezdzietnym. Pani Jadwiga (zwyczajem wszystkich matek) nie mogła zrozumieć, aby widok jej dzieci mógł być komukolwiek na świecie niemiłym1808, ciągnęły się więc dalej rozmysły i narady, gdy znienacka los wszystko przeciął.
Pewnego dnia przyszedł list z czarną pieczęcią, gdzie pani Flora donosiła, że pan Johann Schultz, rażony apopleksją1809, niespodzianie zakończył żywot.
„Medyki gadają — pisała — jakoby przez cerewizję1810 był spalon. Ale to azynusy1811. Wszak ci tyle lat pijał i nic mu nie było. Ja wiem, że jeśli co go spaliło, to jeno gorącość afektu dla mnie, bo jako żyję, nigdym jeszcze nie widziała takiej zacnej pasji1812, i póki mi życia, póty po nim łzów i desperacji”.
Po czym podpisane było:
„Niepocieszona wdowa” itd.
Trzy panie popłakały się serdecznie nad śmiercią byłego „dobrodzieja”, nad jego niedoczekaniem klejnotu i nad opuszczeniem biednej wdowy.