— Pani Flora! Jest pani Flora! Jak to dobrze!!
Pani Flora ozwała się do pana Kazimierza:
— Cudnie wacpan śpiewasz, jenoś połknął czworo strofów503, co tam w środku siedzą.
Pan Kazimierz się tłumaczył:
— Boś mi wacpani szyki popsowała504 tą siurpryzą505. Ani ja się spodziewał takowego akompaniamentu. A skąd to wacpani znasz tę notę?
— O Boże! Jakoż nie mam znać? Ja to poema506 umiem jako pacierz i godzinami sobie przy lutniej nucę. Ja bez wirszów i bez amorów507 nie mogę nijak żyć, a teraz, kiedy w tych oto kirzech508 amory mię odbiegły, już tylko śpiewaniem się cucę. Chcesz wacpan, to razem zaśpiewamy?
— Jeno — przerwał majster — już nie o tej skorupie, śpiewajcie nam lepiej o naszym Dantzigu, jakoś wasza miłość powiedział509, że w tej książce i o tym stoi.
— Hm... Nie wiem, czy sobie przypomnę — mówił zakłopotany pan Kazimierz.
— Ale ja przypomnę — podjęła pani Flora. — To tam, gdzie on powieda: